Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 maja 2021

Transpłciowość w oczach matki



"Tak to już jest" Laurie Frankel

Zacytuję autorkę:

"Pisanie książki przypomina gotowanie zupy. podstawę stanowi bulion złożony w całości z fikcji. na przykład mam tylko jedno dziecko, nie pięcioro i nie jestem lekarką, a na widok skaleczenia po zacięciu się papierem Robi mi się słabo. następnie do tego wymyślonego rosołu dodajemy odrobinę odszukanych faktów, drobinki wspomnień z dzieciństwa, garść przesmażonych rozmów z placu zabaw, kilka kawałków, których początkowo nie planowaliśmy ale okazały się konieczne do wzbogacenia smaku i wreszcie drobno posiekane fragmenty własnego życia. gotujemy na wolnym ogniu, aż składniki zmiękną i przyjdą wzajemnie swoimi smakami, nabierając nowej jakości. tak pichci się literaturę. trochę z myśleń, trochę życia, 100% prawdy.
Chciałabym, żeby moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - dorastało w rzeczywistości, w której może być tym kim chce i rozwijać się otoczone miłością, szczęściem i uznaniem. Pragnę by moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - miało do wyboru więcej możliwości, więcej ścieżek przez las, więcej wersji tego, co normalne, więcej bezwarunkowej miłości. kto by tego nie chciał? "
Ta książka stoi na pierwszym miejscu wśród książek, które wycisnęły ze mnie najwięcej łez wzruszenia. Właściwie miałam wrażenie, że ciągle ryczę.
To bardzo piękna, ciepła opowieść o rodzinie, która z całym sił starała się trzymać razem, być dla siebie oparciem i walczyć za każdego członka rodziny. To powieść o dojrzewaniu zarówno dzieci jak i rodziców. O tajemnicy, która wpływa na wszystkich: buduje i rujnuje. W końcu to piękna baśń o świecie, w którym można być kim się tylko chce.
To 455 stron, które czyta się zdecydowanie za szybko!

wtorek, 3 lipca 2018

Życie miłosne, Zeruya Shalev



Zeruya Shalev, Życie miłosne

Pewne książki, podobnie jak piosenki i inne formy kultury i sztuki spotyka się zupełnie przypadkiem. Inne, z pełną premedytacją wyszukuje się w Bibliotekach, na serwisach muzycznych czy w galeriach. Ja do „Życia miłosnego” widocznie musiałam dojrzeć, bo mimo ukazania się jej na rynku w 2008r. to zetknęłam się dopiero niedawno. Zaczęło się od wywiadu dla GazetyWyborczej, w której Zeruya Shalev zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Autentyczna, szczera, naturalna. I jak miałam się przekonać – z ogromnym talentem. Talentem tego rodzaju, który się porozumiewa z emocjami, integruje z nimi, wydobywa na wierzch.

Gdy w końcu udało mi się zdobyć „Życie miłosne” odłożyłam je na moment, w którym będę wiedziała, że nic mi nie przeszkodzi. I w istocie było to doskonałe posunięcie, ponieważ przez trzy dni, kiedy to wieczorami zatapiałam się w opowieści o kobiecie imieniem Ja’ra – myślałam tylko o niej. O niej i swojej wewnętrznej kobiecie. O kobiecych pragnieniach i oczekiwaniach.

Autorka ma specyficzny styl polegający na pisaniu bez dialogów. Nie używa dialogów jako zewnętrznych, odrębnych tekstowo bytów. Zawiera je w treści, ciągnie niczym strumień świadomości. Rozmowy, dialogi, życie wewnętrzne, intymne sceny – jesteśmy ich uczestnikami. Widzimy wszystko oczami bohaterki, czujemy to, co ona, pędzimy jej gonitwą myśli. Nie jesteśmy tylko widzami obserwującymi konstrukcję dialogów i scen. Jesteśmy tam, z nią.



Dzięki głównej bohaterce i to, co ją spotyka oraz to, na co się decyduje możemy śledzić proces wikłania się w coraz mroczniejsze zakamarki nie tylko jej pragnień, oczekiwań od życia ale również przeszłości. Widzimy jak nieświadomie powiela schemat, który stworzyła jej własna matka. I jak próbuje z nim walczyć. Książka Shalev jest pełna metafory. Wiemy przecież, że nie budzący w nas dobrych uczuć Arie, kochanek Ja’ry, tak naprawdę przedstawia mężczyznę, który ma być na tyle odległy i na tyle niedostępny jak tylko to możliwe a jednocześnie będący uzależniony od uzależnienia bohaterki… Jest tylko postacią, nakreślonym symbolem. Podobnie jak rodzice głównej bohaterki, jak atmosfera uczelni, w której pracuje. Tylko mąż Ja’ry, Joni wydaje się być prawdziwy. Jest ofiarą przemian kobiety, jej dojrzewania. On jeden wydaje się bierny, pozbawiony decyzyjności – niemal na wzór żony z legendy o zburzeniu Świątyni, do której na okrągło się odwołuje bohaterka. Tak bardzo szukając swojej tożsamości nie zauważa, że swoimi decyzjami brnie coraz to bardziej ku katastrofie swojego życia. Katastrofie lub, być może szansie na stworzenie czegoś nowego, bez opierania się na obietnicy bezpieczeństwa czy chwilowym pożądaniu.



Zeruya Shalev jest wielokrotnie nagradzaną izraelską pisarką. Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 20 języków, na motywach wielu z nich powstały scenariusze filmowe. Zadebiutowała w 1988 r. tomem wierszy, a pięć lat później wydała powieść zatytułowana Tańcząc, stojąc. Prawdziwy sukces przyniosła jej książka Życie miłosne (wydana w Izraelu w 1997 r.; sześć lat później ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa W.A.B.). Kolejne tomy trylogii – Mąż i żona oraz Po rozstaniu – potwierdziły jej pisarską rangę.
Źródło: http://lente-magazyn.com/czas-kryzysu-to-czas-dojrzewania-rozmowa-z-zeruya-shalev/

Wpis bierze udział w akcji #WyPożyczone




niedziela, 18 marca 2018

Bo do życia w rodzinie trzeba się przygotować



Jesper Juul, Życie w rodzinie



Ta książka to moje kolejne odkrycie, które wparowało w moje życie w idealnym momencie. Dotarło do mnie, co zapędza mnie w kozi róg, co bije się z tym jak widzę rodzinę a jak nie zgadzam się z tym, co widzę. Fantastyczna książka, bardzo krótka, bo nie ma więcej niż 180 stron, więc praktycznie na jeden lub dwa wieczory.
Myślę, że powinna być podręcznikiem do wychowania do życia w rodzinie. Dla wszystkich, którzy chcą się związać z kimś na poważnie i dla tych, którzy już mają całkiem poważne związki i dzieci. Trochę po to, by zweryfikować swoje wartości a trochę po to, by poddać ocenie własne podejście.


Juul podkreśla cztery filary łączące rodzinę w całość. Ma na myśli godność (szacunek), autentyczność (szczerość), integralność (osobista i wspólna, rozwój) i odpowiedzialność. Opisuje wpływ powyższych filarów na rodzinę i jej komunikację. 

Osobiście jestem na etapie weryfikacji swoich reakcji, potrzeb i znalazłam dzięki tej książce pewien problem, nad którym chcę pracować (mówiąc najogólniej chce popracować nad swoją retoryką, komunikacją werbalną, bo mam z nią kłopot - chcąc być autentyczna często staje się chaotyczna a będąc elokwentna staje się mało autentyczna ale za to pewniejsza siebie)... te zależności nie są proste i miłe, więc na spokojnie muszę je w sobie przeanalizować.
http://www.rudymspojrzeniem.pl/2018/01/wypozyczone-wyzwanie-czytelnicze-2018.html

czwartek, 12 listopada 2015

Nie jesteśmy swoimi rodzicami...

Dave Pelzer: 
1. Dziecko zwane "niczym" czyli dziecięca wola przetrwania
2. Stracony chłopiec czyli w poszukiwaniu ciepła i miłości
3. Mężczyzna imieniem Dave

Widzimy je na ulicach, w szkołach, czasami błąkają się po centrach handlowych. Zazwyczaj myślimy o nich "urwis" albo gorzej. Widzimy poszarpane ubrania, lub przeciwnie dobre ciuchy, ale smutny wzrok. Zastanawiamy się, co przeskrobały. Zazwyczaj ich nawet nie zauważamy.

Dave Pelzer opisuje w swojej pierwszej książce swoje życie od momentu, kiedy stał się świadomym 4 latkiem do momentu przełomu w swoim życiu, kiedy jako 12 latek został uratowany - odebrany matce, która się nad nim znęcała.
W kolejnej części Dave opisuje swoje perypetie w domu dziecka, w rodzinach zastępczych i proces dojrzewania, na którym mocno odcisnęło piętno chora matka i jej sposób traktowania syna. Mimo to bohater nie załamywał się i tak jak w pierwszej części wola życia go prowadziła do przodu, tak w całym swoim życiu Dave Pelzer starał się dać z siebie wszystko. Owocem tego jest trzecia część, gdy jako dorosły człowiek opisuje swoje życie i rozlicza się z przeszłością.

Wszystkie trzy książki są poruszającą prawdziwą historią. Bardzo smutną i przepełnioną niezrozumiałej przemocy najbliższej osoby w stosunku do swojego syna. Wielokrotnie podczas lektury musiałam zaczerpnąć powietrza, przerywając ją i ocierając łzy. To książka, która otwiera oczy na krzywdę dzieci. Również na to, że te dzieci nie wiedzą do końca co ich spotyka, biorąc całą winę na siebie.
Poczucie winy za krzywdy własne są dwojakie: dziecko wini siebie za złość rodziców, wierząc w ich wytłumaczenie swojej bezsilności i krzywdzenia dziecka w imię dyscypliny oraz poczucie winy wobec samego siebie, że nic nie zrobiło, nie obroniło się, nie sprzeciwiło. Ponad to boją się, że będą takie same jak ich rodzic, który ich krzywdzi. Ciężko wytłumaczyć młodemu człowiekowi, że tak wcale być nie musi. Świadomość problemu to już połowa sukcesu - ofiara ofiar nie musi być katem i mnożyć kolejną rzeszę ofiar. Nie musimy być swoimi rodzicami, tworzymy własne ścieżki wyciągając wnioski z przeszłości.

Jest wiele sposobów, by pomagać.
Od kliknięcia w brzuszek Pajacykowi, po finansowanie Organizacji Rodzina w Potrzebie lub bardziej radykalne zmiany swojego życia pod kątem pomocy dzieciom i założenie Rodziny Zastępczej.

poniedziałek, 27 października 2014

"To nie jest tak, że wszystkie rzeczy się kończą..."

"...Czas płynie i zamyka niektóre bramy (...) zostawia jednak coś na oścież otwartego, co nie daje się przesłonić żadną barwą, nawet czarną. Można utkać sobie jakieś drzwi, jest to zresztą zupełnie proste, ale historia zawsze będzie miękka jak zasłona i przemknie się pod spodem albo przez dziurę."


Szklanka na pająki, Barbara Piórkowska






Kilka lat temu, jeszcze na studiach o Basi Piórkowskiej dowiedziałam się od mojego wykładowcy, Artura. Artur prowadził na moim roku ćwiczenia z pisania, jak to się po amerykańsku nazywa a półprywatnie piliśmy browara w knajpie po udanym Tribute to Wojaczek. I podzieliłam się swoim marzeniem o wydaniu książki - po to w końcu poszłam na polonistykę. I podsunął mi nazwisko swojej koleżanki, która także prowadzi zajęcia twórczego pisania. Jakiś ideał, pomyślałam - młoda, zdolna, ceniona, do której można się zgłosić a pokieruje - tak sobie wyobrażałam Barbarę. Jakiś czas później zrezygnowałam zarówno z marzeń, jak i zajęć. A w księgarniach ukazała się jej książka, do której sięgnęłam dopiero tydzień temu, dzięki uprzejmości kolegi z pracy.


Zapomniane marzenia zostały na nowo odkryte, niczym tytułowe pająki uratowane przed zimą, do szklanki i na wiosnę wypuszczone.


Główną bohaterką jest Aleksandra, postać pierwszoosobowa, pierwszoplanowa i teraźniejsza, ale jak mówi, wie doskonale, że wcześniej, zanim się urodziła, była mężczyzną
"Najpierw byłam mężczyzną. Nazywałam się Wołodymir Switłyczko i miałam ogromne stopy”
a w jej rodzinie to się zdarza. I dlatego maluje, bo w ten sposób zapamiętuje wspomnienia. A maluje i opisuje świat niezwykle metaforycznie, a to, co jest dookoła niej jest niezwykle symboliczne, co wprowadza czytelnika w świat kolejnych znaczeń. Wraz z dorastającą dziewczynką dorastają jej anioły, najwięksi przyjaciele - najbardziej intrygujące stworzenia, tajemnicze choć niesamodzielne.


Autorka sprawnie nawiązuje magiczną więź z czytelnikiem, wprowadza go w świat Południa: Gdańska, korzeni, prowadzi po dzielnicach miasta i historii późnego PRLu, s
zarego blokowiska, dziecięcego postrzegania świata dorosłych, szkole, gdzie nie jest zbyt lubiana, za swoją inność, niewymiarowość, wyobcowanie czy niedopasowanie. Dziewczyna poszukuje własnej tożsamości za pomocą barw, architektury, historii sztuki, własnych refleksji.


Barbara Piórkowska spranie bawi się piórem na granicy poezji i prozy. Stylem, jak to nazywam dziecięco-dorosłym: oniryczno groteskowo abstrakcyjnym. Nie ma tu zniekształceń rzeczywistości tak drastycznych jak u innych abstrakcjonistów, czy oniryzmów, groteska nie razi w oczy, wszystkie składniki są doskonale ze sobą skomponowane, niczym barwy na obrazie bohaterki, która, jak sama siebie opisuje, wiele godzin spędziła szlifując fach. To, co mnie osobiście zachwyciło, to typowy dla młodych pokoleń rys: wspomnienia blokowisk, rodzinnego domu, "kłótni przy kolacji" i opis oparcia pleców o Kościół Mariacki podczas inicjacji. Bez romantyzmu, zbędnych ukwieceń, trzystu stron opisu zachodu słońca. Ale też bez toporności ze stylizacji pełnej wulgarności, rynsztokowej dosadności. Lektura, ma się wrażenie, szuka w człowieku klucza do tożsamości, do odpowiedzi na pytanie kim jesteśmy, jaka jest nasza historia, skąd się wywodzimy i co było wcześniej, jak ważne są nasze teraźniejsze problemy w obliczu całego życia lub życia na przestrzeni tysiąclecia, w końcu jak ważny jest pierwiastek męski bądź żeński, co na ten pierwiastek wpływa (Aleksandra uznaje pierwiastek pod względem cech, niekoniecznie płci, np. dziadek ma pierwiastek żeński ze względu na utrzymywanie ciepła w domowym ognisku i zapewnienia wyżywienia w domu, siebie samej zaś ciężko jej sklasyfikować, choć czuje się dziewczynką, to wygląda jak chłopiec, psoci "jak chłopiec").


"Szklanka na pająki" nie jest opasłą księgą, jednak zapewnia czytelnikowi wiele wrażeń, refleksji. Jest jak ogromna paleta, z której można wybierać dla siebie najodpowiedniejsze kolory.


Dziękuje Michałowi za pożyczenie lektury i chciałbym w rewanżu serdecznie go pozdrowić a czytelników zachęcić do obejrzenia jego fun page.



niedziela, 11 marca 2012

„Ten, kto zobaczył siebie takim, jaki jest, dostrzegając swój grzech, jest większy niż ten, kto wskrzesza umarłych, i niż ten, kto widział aniołów…”



7 grzechów głównych, Dag Tessore

To, co Ojcowie wiary chrześcijańskiej nazywali „grzechami”, we współczesnej mentalności jawi się niczym zalety: czyż rozkoszowanie się dobrym jedzeniem, zażywanie swobody seksualnej, umiejętności egzekwowania dla siebie szacunku, duma i współzawodnictwo nie są współczesnymi określeniami tego, co dawniej nazywano nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, nieczystością, gniewem i pychą?

Książeczka Daga Tessore’a, jest przewodnikiem, który ma pomóc czytelnikowi „pokierować własnym życiem i rzetelnie nad sobą popracować”. Jak sam autor zaznacza: punktem wyjścia niechaj będzie zdiagnozowanie, a następnie terapia owych siedmiu chorób”.

Jednak zanim przejdzie się do meritum, trzeba sformułować, czym siedem grzechów głównych jest. Ojcowie Kościoła uważali grzechy za przejawy i owoce wad, a zatem, twierdzili – zrozumiałe jest, że trzeba „wyrwać korzenie wad, a także ich owoce”.

Np. jeśli ktoś popełnia cudzołóstwo, to dlatego, że podtrzymywał w sobie wadę nieczystości. Jeśli ktoś zabija drugiego człowieka, żeby go obrabować, to dlatego, że nie pohamował swojej wady chciwości pieniądza. Zatem jeśli Kościół, na poziomie czysto prawnym, osądza poszczególny grzech, to na poziomie psychologicznym i duchowym liczy się waga, która ów grzech spowodowała.
Autor spieszy również z objaśnieniem, jak się wadę określa: wada jako brak moralny, namiętność (namiętność to przede wszystkim poruszenie duszy), myśl, choroba duszy, nawyk w końcu demon (Ojcowie Kościoła często mówią o wadach jako o demonach). Mówi też, że „wady są jak rośliny: jeżeli nie chcemy, żeby się rozrastały, musimy zaprzestać podlewania ich”.

Zanim autor książki 7 grzechów głównych dojdzie do analizy poszczególnych grzechów, zapewnia czytelników, że „człowiek nie jest niewolnikiem dlatego, że go sprzedano albo kupiono, lecz dlatego, że ma zniewolony umysł” (Klemens Aleksandryjski), tym samym umacnia czytelników, w wierze, że przy cierpliwej pracy nad samym sobą, jesteśmy w stanie pokonywać swoje wady, by odzyskać wolność umysłu. Lecz zanim pokona się swoje wady, najpierw należy je poznać i zbadać. Temu właśnie ma służyć ta niewielka gabarytowo książeczka.

Ze szczególną uwagą przeczytałam rozdziały i jako osoba, która szczególnie ceni sobie wolność w sferze poglądów, muszę przyznać, że ze zdziwieniem odwracałam kolejne karty książki. Autor wielokrotnie powołuje się na Ojców Kościoła, cytuje „Drabinę do raju” Św. Jana Klimaka,  „Ustawy życia mnichów” itd… Wszyscy razem wzięciu nawołują do zaprzestania i odrzucenia swych wad i poddawaniu się im. Dag Tessore serwuje nam, czytelnikom, sposoby na pohamowanie swoich namiętności. Dobry Chrześcijanin znajdzie w niej wiele rad, które może wykorzystać w codziennym życiu.
Jednak osoba, która sceptycznie patrzy na rady i pogróżki (jawi się obraz wysokiej ambony, na której stoi duchowny, szanowany człowiek i paluszkiem grozi ogniem piekielnym za złamanie poszczególnych, moralnie wątpliwych punktów) nie znajdzie odpowiedzi na własne wątpliwości. Przede wszystkim dlatego, że autor, mediewista zresztą, posłużył się księgami sprzed wielu wieków, próbując nieudolnie dopasować je do realiów dzisiejszych. 
Książeczka nie zachwyca, a jeśli uczy, to wyłącznie posłuszeństwa dogmatom wiary Chrześcijańskiej, bez dogłębnej analizy. 
Plusem tej niewielkiej książeczki jest kilka przydatnych cytatów, którymi zresztą się podzieliłam w niniejszej recenzji.

Moja ocena: 2/6

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.pl

wtorek, 7 lutego 2012

"Miłość, to nie pluszowy miś..."



Jim w lustrze, Inger Edelfeldt
Wydawnictwo Marcin Erdmann, 1996


Czy miłość ma płeć? Czy miłość musi zawierać się w schematach, jakie wybrała większość? Czy miłość w ogóle ma obowiązek być poprawna politycznie, poprawna społecznie i najlepiej taka, która nie kłuje w oczy, która będzie akceptowalna przez tak zwaną „resztę”?

Nie musi.

Miłość jest uczuciem bardzo indywidualnym. Miłość dotyka dwie osoby, zbliża je do siebie. I nie ważne, zupełnie, absolutnie nie jest ważne dla innych w jaki sposób te dwie osoby chcą sobie okazywać tą miłość. Oczywiście, pod warunkiem, że robią to za obopólną zgodą.

Jim w lustrze opowiada historię chłopca, który jest świadomy swojego Tajemnego Serca. Swojej tęsknoty do miłości. Pragnie jej, jednak walczy z tym pragnieniem, bo wie, że nie jest akceptowalne przez społeczeństwo.
Śledzimy jego życie niemal od maleńkości. Jak bawi się z kolegą na wsi i jest szczęśliwy. Jak przeprowadza się z rodzicami, idzie do szkoły, jest prześladowany przez kolegów z powodu swojej nieśmiałości. Ucieka do książek, jest najlepszym uczniem w klasie. Najeżony kolcami wątpliwości nawiązuje znajomości. W szkole średniej poznaje przyjaciół, z którymi prowadzi egzystencjalne rozmowy… stara się zapomnieć o własnych pragnieniach. Ale miłość jest cierpliwa. Miłość znajdzie każdego, choćby ten się miał chować przed nią w najdalszym kącie swojej duszy.
Impreza kończąca szkołę średnią. Zwykła rozmowa między dwojgiem nieznanych sobie wcześniej chłopaków. Zwykła rozmowa czy nieświadome wabienie? Cudowna gra pozorów, ukrytych sensów, delikatnych insynuacji.

Czy miłość można dzielić na „lepszą” czy „gorszą”?
Przecież wszyscy odczuwamy to samo…

Byłem całkowicie bezradny. Do tej pory nie miałem pojęcia, jakie to może być uczucie być razem z drugim człowiekiem. Nie miałem pojęcia, z czego byłem gotów zrezygnować. To było tak, jakby pękła we mnie tama, jakby uwolniona fala mogła porwać z sobą wszystko. Prawie mnie to napawało lękiem.”

Znajome?

Niestety, niektórzy odczuwają coś więcej…

To było tak, jakby był na mnie skierowany reflektor. Widziałem tysiące wzniesionych palców wskazujących. Widziałem ich oczy. Ich zszokowane, niewierzące oczy. I ozy mojego ojca. Płonące dziecinną złością, bo dwóm mężczyznom nie wolno się kochać. Dwóm mężczyznom nie wolno się kochać przede wszystkim fizycznie.”

Ile czasu musi minąć, by ludzie przestali zajmować się życiem innych? Szczególnie życiem najintymniejszym?

Po wielu kartkach powieści Jim stwierdza:

Nagle poczułem ochotę wskoczenia jednym susem pomiędzy chipsy i butelki z winem na stole [zabawa dla absolwentów szkoły średniej], aby wywołać donośny śmiech, i aby zedrzeć z siebie na ich oczach całe ubranie. Tu jestem! Gówno mnie obchodzi, co myślicie, wy nudziarze! Jeśli o mnie chodzi, to możecie się wszyscy poklepywać po plecach, aż padniecie martwi. Myślę, że tego wieczoru zrozumiałem, że już się nie boję.”

Główny bohater odniósł sukces. Po wieloletniej walce z własnym wstydem, z niezrozumieniem innych i brakiem akceptacji od najbliższych zrozumiał, że nie jest mu to potrzebne. Że ma prawo być tak samo szczęśliwy, jak inni.

Książka ukazała się wiele lat temu w Skandynawii i podbiła tamtejszy rynek „branżowy”, stając się największym gejowskim bestsellerem. W Polsce wydało tę książkę niewielkie wydawnictwo z Torunia.
Po przewertowaniu „tęczowej” literatury Polskiej, stwierdzam, że wydawnictwa rodzime wcale nie unikają tematu. Ale nie mają one zbyt dużego grona czytelniczego. Może prócz „Lubiewa” Witkowskiego, które wręcz zatrzęsło w 2004 roku rynkiem wydawniczym, krytycy mięli wiele do powiedzenia a czytelnicy byli zszokowani. Praktycznie od 1989 roku co jakiś czas zostawały wydawane książki, które mogły zszokować opinię publiczną, jednak tego nie robiły… (Grzegorz Musiał, W Ptaszarni, 1989). Nie były to pierwsze książki z wątkami homoseksualnymi. Wielu sławnych Polaków sięgało po tego typu wątki: Gombrowicz, Iwaszkiewicz, Andrzejewski…
I dobrze. Przecież, Homo sum; humani nihil a me alienum puto.



środa, 19 października 2011

"droga do piekła i do nieba wybrukowana jest Twoimi interpretacjami!"



Droga do wewnętrznej równowagi, czyli jak wyluzować i pozbyć się stresu. Wydanie II
Agnieszka Ornatowska, Bogusław Stępień

Zdecydowałam się na tą książkę z bardzo osobistych powodów. Czuję, że nie przypadkowo trafiła właśnie do mnie jako egzemplarz recenzencki. Ta książka tak na człowieka wpływa – wierzy, że to, co go spotyka jest wspaniałym zrządzeniem losu, cudownym darem.

Nie czytałam w swoim życiu zbyt wiele poradników. Nie interesowały mnie. Nie trafiały do mnie dobre rady, kojarzyły się z nachalnym stawianiem reguł i zasad własnej świadomości.
Ta książka już od pierwszego rozdziału zaskakuje swoją prostotą i łatwością przekazu. Jest jak przyjaciel, który siada nieopodal, przykuca wręcz i cichym, spokojnym głosem szepcze w Twoją stronę, do Ciebie zmęczonego… szepcze wyjawiając Ci tajemnice Wszechświata. Przekazuje Ci sekrety, które Twoje ciało, umysł i dusza znały od zawsze, jednak nigdy nie wiedziały co z nimi zrobić…

Gdybym spotkała panią Agnieszkę i pana Bogusława (autorów książki) najchętniej uściskałabym ich z wdzięczności. Za to, że pokazali, jak wrócić do siebie, jak się zintegrować z sobą i poczuć spokojniej. Pełniej. Szczęśliwiej.

Gdy rozpoczniesz czytanie – zacznij od początku, nie idź na skróty. Dowiesz się, czym jesteś i jak działasz.

Czy wiesz, na przykład o tym, że człowiek ma genetycznie uwarunkowany lęk tylko w dwóch sytuacjach: gdy słyszy głośny i niespodziewany hałas i gdy traci oparcie pod stopami? Reszta rekcji lękowych została wyuczona – one zaś niekoniecznie są zgodne z naszą wolą.
Warto to wiedzieć, warto z tym walczyć.

Ta książka nie jest suchym podręcznikiem i instrukcją obsługi nas samych. Pomaga zrozumieć wiele rzeczy, jakie dzieją się w nas, nawet pokazuje jak w prosty sposób dzięki ćwiczeniom, zapanować nad emocjami, przyjrzeć się sobie z innej perspektywy. Daje narzędzia, z którymi zrobimy, co będziemy chcieli.
Między sposobami jak radzić sobie z pewnymi emocjami jest wpleciona magiczna historia Agnes i Zoe. Pozwala oderwać się na chwilę od siebie, przypasować świeżo zdobyte umiejętności do abstrakcyjnych sytuacji. Pozwala się zrelaksować. Wprowadza magiczny nastrój.

Książka Droga do wewnętrznej równowagi… jest też kopalnią wspaniałych cytatów, które warto zachować w sobie na wiele, wiele lat. Ja znalazłam dla siebie kilka, jeden z nich chętnie przytoczę na koniec mojej recenzji:

„Nikt ani nic tak naprawdę nie może do nikogo należeć. To tylko złuda. Ludzie podzielili całą ziemię na maleńkie kawałki, karmiąc się pomysłem, że należy do nich. Bronią zaciekle swoich małych włości, tymczasem nie zdają sobie sprawy z tego, że jeśli już można mówić o jakiejkolwiek przynależności, to nie ziemia należy do nich, lecz oni do ziemi. Tak samo jak ja i ty. Nikt nie może posiadać też drugiej istoty, można ją kochać, karmić i dać jej schronienie, można też trzymać w niewoli. To nie zmienia jednak faktu, że serce i dusza pozostaną wolne dopóty, dopóki nie uwięzi się sama. Jesteś wolnym stworzeniem i nie musisz nikomu służyć, chyba że sam o tym zdecydujesz, słuchając głosu swojego serca.”

Moja ocena: 6/6

Egzemplarz recenzencki zawdzięczam wydawnictwu Helion oraz portalowi Sztukater.pl

niedziela, 10 lipca 2011

Nasza klasa


Nasza klasa, historia w XIV lekcjach, Tadeusz Słobodzianek

Gdy pytam znajomych (nie studiujących ze mną polonistyki) o Naszą klasę, pytają czy chodzi mi o portal społecznościowy. Na moją odpowiedź: że chodzi mi o dramat, który w zeszłym roku dostał Nagrodę Nike, zazwyczaj odpowiadają, że nie wiedzieli, nie słyszeli i nie interesowali się. I wcale im się nie dziwię.

Dramaty ogólnie rzecz biorąc nie cieszą się zbyt wielką popularnością wśród Polaków. Do tego należy dodać tematykę żydowską i mamy zawężone grono czytelników.

Sięgnęłam po raz pierwszy po tę książkę i po zapoznaniu się z pierwszymi stronami, odłożyłam ją. Polacy, Żydzi, Jedwabne. Odłożyłam. Nie chciałam jej czytać.

Przeczytałam. Ponad rok po premierze. Z pełną świadomością, co tam znajdę.
Wydawałoby się, że o Jedwabnym powiedziano wszystko. Słobodzianek jednak odnalazł dla siebie dziurę, przez którą mógł wyjrzeć do czytelników. Zastanawia mnie, co bardziej go do owej dziury szukania skłoniło: ewentualny sukces finansowy? Nagroda, którą zresztą zdobył? Kolejny raz odgrzewanie pamięci rodaków (i nie tylko, ponieważ premiera Naszej klasy odbyła się w Londynie) niczym sczerniały już kotlet, niestrawny, ale smażony w imię idei i pamięci po Zamordowanych?


Myślę, że nawet przesunięcie ośrodka czytelniczego zainteresowania na wspólnotę oraz jej rozłam, która niewątpliwie jest jednym z ważniejszych motywów w dramacie nie „ratuje tekstu”, ponieważ w dalszym ciągu widzimy obrzydliwe epatowanie przemocą i seksualną dewiacją, którą autor uwypukla na każdym kroku.

Tadeusz Słobodzianek wykoncypował interesującą formę: każda scena została przez niego nazwana lekcją (stąd podtytuł: historia w XIV lekcjach) kończąca się wierszykiem bądź piosenką śpiewaną przez wszystkich uczestników. Na tym innowacyjność Słobodzianka się kończy.
Autor sadza młodych Żydów i Polaków w jednej klasie, opisuje pierwsze rozłamy. Ze wspólnoty, którą tworzyli wyrastają na wrogów.
Dalej już tylko leje się krew, gwałt i mord. A wszystko to znamy z wcześniejszych publikacji nt. Jedwabnego.

poniedziałek, 28 lutego 2011



Kinga Dunin, Tabu, Obciach

Obie książki zostały wydane pod koniec lat 90. Prawdopodobnie w tym czasie obie przeczytałam, bo poszczególne sceny były mi znane. Jednak teraz, jako bardziej świadoma czytelniczka, podeszłam do nich bez nastoletniej fascynacji. Za to odkryłam, jak wiele w moim światopoglądzie zaszło zmian.
Tabu jest pierwszą częścią, w której poznajemy rodzinę Szumskich, szczególnie psychikę starszego dziecka – Marty. W tej części skupiamy się na rodzącym uczuciu Marty do kuzyna i konsekwencji tego uczucia. Poboczne wątki są okazją do przemycenia ideologii, poglądów prawdopodobnie samej autorki. Karzą one zastanowić się nad tematem religii, szczególnie tej na co dzień, stawiającej pytania aktualne: komunia chłopca, niepraktykujący rodzice, katolicka reszta rodziny, ich intelektualne boje o słuszność sprawy. Szczególnie trudne, gdy cała prawda Marty i Marka, kuzyna, wychodzi na jaw.
Druga część, w której również występuje rodzina Szumskich, jest bardziej rozproszona, jakby autorka chciała na raz za dużo tematów poruszyć. Odtrącenie miłości, wizja homoseksualizmu Marty, niespełnione uczucie kolegi Marty do niej samej, imprezy, alkohol, czerwona sukienka, przyjaciółka feministka, która pragnie zwojować świat, który wcale tego nie potrzebuje, zdrada ojca, wreszcie gwałt i straszliwa kara… Wszystko to, w stylu Dunin, owiane filozoficznym kadzidłem. Jedyne co mnie zaskoczyło w drugiej części to nagła śmierć. Nie spodziewałam się, że ta książka, i to na ostatnich stronach, nabierze takiego charakteru, takiej rysy.
Dzięki mottom, poprzedzającym każdy rozdział, które zaczerpnięte były z Muminków oraz Świetlickiego, zaczęłam się zastanawiać nad mityczną matką. Ze wszystkich poruszanych problemów w części drugiej, ta jedna najbardziej zapadła mi w pamięć. Każdy z nas potrzebuje ciepła i troski mitycznej matki, którą tutaj nazywa się Mamą Muminków. Taką, która każdą burzę rozgromi, która na nieszczęście i smutki – naleśniki przygotuje. Lecz, wg. Est, przyjaciółki – feministki Marty – wszyscy pragniemy mityczną matkę, lecz która z nas chciałaby wejść w jej rolę? Przecież ktoś musi usmażyć stos naleśników… Dlatego może, w naszym realnym życiu, takich matek nie ma. O czym doskonale mówi Alice Miller w książce Bunt ciała. Rozprawia się w niej ze stereotypami mitycznej matki, co świetnie koresponduje z książką Kingi Dunin.
Polecam obie części nastolatkom, które przewartościowują wszystkie swoje poglądy. A także rodzicom, by trochę przybliżyć (przypomnieć?) im świat młodości. Szczególnie z tym, co nie uniknione, co tylko można złagodzić. Zapewne za pomocą naleśników. I rozmowy.

niedziela, 12 grudnia 2010

Nic, Dawid Bieńkowski

Czasami książki reklamują się w innych książkach. Ja znalazłam pozycję Bieńkowskiego w książce Przemysława Czaplińskiego Polska do wymiany. Wyrobiłam sobie zdanie o tej książce już w trakcie czytania Polskę..., zainteresowała mnie tematyka konsumpcjonizmu i jego wpływ na działania ludzkie. Szczególnie na działanie Polaków, którzy jako nowy rynek dla zachodnich korporacji, otworzył się po upadku komunizmu. Otworzył się i wchłonął z niewiarygodna siłą. 
Bieńkowski pokazuje nam przemiany na przykładzie korporacji związanej z fast foodem, wielka, francuska firma, która wkracza na polski rynek. Poznajemy bohaterów, którzy przechodzą do firmy Positive ("wielka rodzina Positive") i jak bardzo myślenie zachodnie, korporacyjne czyli skierowane głównie na zysk - wyniszcza ich. Wyzwala najgorsze zapędy ludzkie, destrukcję (co widać na przykładzie zachowania Euzebka) i autodestrukcję (alkoholizm ajenta Marka).
Polska na początku lat dziewięćdziesiątych była jak raczkujące dziecko, któremu można pokazać każdy kierunek. Jednak nieco później, widzimy, że jednak nie wszyscy się poddali nowym prądom, są przecież osoby, które zajmowały się zupełnie czym innym...
Poznajemy bohaterów, którzy byli swego czasu wywrotowcami, zajmowali się muzyką, artystycznymi hapeningami, wypracowali sobie swój własny sposób na życie, kulturę, otaczający świat. Są to osoby młode, pełne twórczych działań. Czy są nadzieją? Alternatywą dla świata, w którym rządzi pieniądz i układy?

Książka Dawida Bieńkowskiego nie wzrusza. Nie sprawia, że przestajemy być trybikami w maszynie kapitalizmu. Nie robi z nas anarchistów społecznych, wegetarian czy przeciwników fast foodów. Ale sprawia, że na chwilę zatrzymamy się i przyjrzymy na czym opiera się nasz świat i w jaki sposób na nas oddziałuje. Na chwilę, dosłownie na moment - jesteśmy pełni refleksji, rozumiemy kim jesteśmy w społeczeństwie, jak ważne przemiany się w nas dokonały. I jak bardzo jesteśmy od nich zależni...




wtorek, 7 grudnia 2010

O skrajnościach...



Ewa Ostrowska, Owoc żywota twego
Przedstawiam  kolejną książkę z serii "poszukiwanie przykładów zła/destrukcji". Moje preferencje jednak nie są tendencyjne. Oto natknęłam się na książkę pełną skrajności. 
Poznajemy dziewczynkę, córkę wioskowej latawicy, troszkę przygłupią, zalęknioną, wykorzystywaną przez wszystkich. Na naszych oczach staje się kobietą posiadającą, która dużo znaczy w swoim środowisku. Niestety gdzieś po drodze gubi ona serce na rzecz dóbr materialnych gromadzonych dla swego syna. Tytułowy owoc żywota jest produkt zawiści matczynej, skrajności emocjonalnej, chłopak rozpieszczony, któremu jednak udaje się wyrwać spod skrzydeł obłąkanej matki. Nie rozumiejącej, jak wiele straciła, gromadząc ziemię, inwentarz żywy i stanowisko społeczne. Widzimy jak z kobiety upadłej społecznie rośnie siła zdeterminowana, ale destrukcyjna.
Prócz ogromnej przemiany głównej bohaterki, jesteśmy świadkami przemian społecznych i gospodarczych oraz społecznych. Pod tym względem autorka zaskakuje, ponieważ w pewien sposób waloryzuje ustrój komunistyczny. Nie jest to jawna pochwała, myślę, że nie to miała na myśli Ewa Ostrowska, jednak wyczuwam pewną nutę, ważną dla Polaków z punktu historycznego. Jednocześnie owczy pęd społeczności wiejskiej - ich reakcja na wszelkie postępy. Reakcja najczęściej kierowana zawiścią i ograniczeniem. W tym środowisku jedynie pomiot kacepski, prezes - komunista jest osobą światłą, pomocną, bezinteresowną. Chociaż nawet on, jedyny dobry człowiek, w tej książce, zostaje sam, zdradzony, obśmiany, pomówiony... 

Chciałabym na tę książkę zwrócić uwagę głównie przez pryzmat antropologii - interesuje mnie zachowanie ludzkie w ważnych dla siebie przemianach oraz jak te przemiany (dobre bądź złe, przeważnie złe) wpływają na dalsze życie bohaterów. Książka Owoc żywota twego jest świetnym przykładem funkcjonowania społeczeństwa ograniczonego.

niedziela, 14 listopada 2010

Pewien punkt widzenia...

Katoniela, Ewa Madeyska

Świat przedstawiony w książce autorstwa Ewy Madeyskiej jest przerażający. Jednak wchodzimy w ten świat zafascynowani, być może z nadzieją, że jednak nie będzie tak źle, może jednak karta się odwróci, wszystko będzie dobrze, świat nie będzie taki zły. Ale on nie jest zły. Jest prawdziwy. Brutalnie prawdziwy.
Aniela, główna bohaterka budzi w czytelniku pewną niechęć. Nie lubimy tej leniwej, koślawej dziewuchy. Kontrastujemy ją z dobrą siostrą, która czuje prawdziwe powołanie. Widzimy Anielę oczami zmęczonej matki, obojętnego ojca. Widzimy w końcu ją samą, jej własnymi oczami. I z każdą stronicą, coraz bardziej wkraczamy w jej świat uczuć. Jej poczucie winy, które kierowało nią przez długi czas. Przemyślenia dotyczące Boga i jego wyroków. Dopiero pod koniec lektury zaczynamy rozumieć, co kieruje główną bohaterką.
Czasami bawi, jednak częściej razi nas jej dosadny język, który kłuje w oczy kuchenną łaciną. Prawdopodobnie po to, by mocniej zaakcentować dualizm świata przedstawionego przez Madeyską. Stylem, chwilami przypomina Masłowską.
Co ciekawe, sama autorka, ma się wrażenie, odcina od tego świata, który wykreowała. Na okładce książki możemy przeczytać, że pisała ją z powodu gniewu, który chciała „wyjęzyczyć”, gniewu na katolickie błotko, w którym taplają się ludzie, którzy pod pretekstem boskiego miłosierdzia, zadają ból. Przykładem może być Totalny, mąż Anieli, który ze słowem bożym na ustach gwałci umysł żony. Zresztą, nie tylko umysł.
W niektórych wywiadach, do których dotarłam, Madeyska stara się przekonać, że nikt przed nią tak otwarcie nie krytykował środowiska katolickiego. Być może. Autorka po napisaniu książki, kilku rozmowach w dziennikarzami, szybko wycofała się z pisania. Z jednej strony – szkoda, bo jej język jest pikantny, dosadny, choć rytmiczny, zapadający w pamięć. Z drugiej zaś… cóż jeszcze można tak dosadnie skrytykować ( i przy okazji nie zostać posądzony o pomówienie czy obrażanie)? 

Mam bardzo mieszane odczucia względem tej książki. Czy sięgnę po nią jeszcze raz? Z pewnością. Po co w ogóle po nią sięgnęłam? W poszukiwaniu ludzkich potworów, opisywanych przez polskich współczesnych autorów. Potworów, którzy swoim zachowaniem oddziałują na innych bohaterów destrukcyjnie. Czy znalazłam mój przewodni motyw? Ciągle się zastanawiam…

piątek, 20 sierpnia 2010

Pełne zanurzenie




Zanurzeni w wielki błękit, Pipin Ferreras

Kupiłam tą książkę w zeszłym roku, przy okazji wyprzedaży w Świecie Książek. W tym roku postanowiłam pozbyć się części książek i wystawić je na allegro. Ta książka była jedną z kilku do odstrzału. Ale postanowiłam ją wpierw przeczytać a dopiero później sprzedać.
To były niesamowite godziny (chyba 6, o ile dobrze pamiętam) spędzone z tą książką. Tyle ciekawych emocji wyzwala, tyle refleksji. Jest to historia nieprawdopodobnej miłości - jako uczucia dwóch osób i jako pasji do nurkowania. Niestety, ta historia nie kończy się happy endem. Możliwe nawet, ze książka powstała jako terapeutyczne wyzwolenie się autora.
Właściwie sama nie wiem co mam myśleć o tej historii. Z jednej strony, całkowicie rozumiem wszystkie decyzje bohaterów (zarazem realnych ludzi, ponieważ historia jest prawdziwa), a jednak jest we mnie jakiś bunt, jakaś wątpliwość. Dla ukochanej osoby jest się w stanie zrobić wszystko. Nawet przełamać własne granice.
Książkę czyni jeszcze ciekawszym spora liczba zdjęć, wiadomości z zakresu nurkowania, kilka ciekawostek ze świata mediów, podróżniczych, obyczajowych... Dla mnie była inspiracją do rozwijania własnych pasji. I zarażania nimi innych.

niedziela, 18 lipca 2010

To, co najważniejsze...


Zabić drozda, Harper Lee

Sięgnęłam po tą książkę z czystej przyjemności. Pamiętając film (uhonorowany Oskarem), który oglądałam kilka lat temu, byłam pewna czego mogę się spodziewać a mimo to, zupełnie mnie zaskoczyła. Po raz kolejny książka okazała się dużo lepsza niż film.
Autorka, wcielając się w małą dziewczynkę – Skaut - opisuje wydarzenia w małym miasteczku w latach trzydziestych XX wieku. Jesteśmy tym samym świadkami wydarzeń, które przyczyniają się do pewnych zmian dotyczących równouprawnienia czarnoskórych z południa USA. Uczestniczymy również w codziennym życiu samotnego ojca dwójki dzieci, którzy dzięki życiowemu doświadczeniu swojego ojca – adwokata, dojrzewają. Właśnie dzięki pytaniom i szukaniu odpowiedzi przez młodych Finchów lektura traktuje o kryzysie sumienia. Jest to wstrząsająca historia, która z czasem stała się symbolem. Główna refleksja dotyczy sprawiedliwości i zachowania ludzkie w obliczu tolerancji, która jak się okazuje, potrafi być bardzo rozciągliwa.
Myślę, że każdy z nas może odpowiedzieć sobie na pytanie, które w książce zadał Jam Finch – „jeśli istnieje tylko jeden rodzaj ludzi, to dlaczego nie możemy żyć ze sobą w pokoju? Skoro wszyscy są tacy podobni, czemu schodzą czasem z dobrej drogi i zaczynają gardzić sobą nawzajem?”.
Ciekawostką jest też, że książka Harper Lee była jej debiutem a zarazem jedyną książką, którą wydała. Uznana dziś za arcydzieło literatury światowej, otrzymała nagrodę Pulitzera w 1961.

czwartek, 8 lipca 2010

Ex libris


Ex Libris, wyznania czytelnika, Anne Fadiman

Chociaż sama piszę o przeczytanych książkach, zazwyczaj nie czytam tego typu publikacji. Któregoś nudnego popołudnia trafiłam na tą książkę i byłam szczerze zaskoczona. Dawno nie czytałam (o ile w ogóle) takiej zaskakującej pozycji. Przezabawnej w specyficzny, intelektualny sposób. Prawdziwa pożywka dla mola książkowego!
Książka składa się z kilku artykułów pisanych przez panią Fadiman. Dzieli się ona z czytelnikami swoimi wrażeniami i poglądami związanymi z książką - nie tylko jako takiej - lecz w ogólnym jej znaczeniu. Od treści po traktowanie. Tak, dokładnie, w jednym z rozdziałów są opisane sposoby przechowywania książek i związanych z nimi kłótni rodzinnych. Anne Fadiman dzieli się z nami nie tylko ciekawostkami ze swojego prywatnego życia, ale też z życia pisarzy, co jest dodatkowym atutem tej lektury.
Słowem: bardzo polecam maniakom książkowym :)

sobota, 20 lutego 2010

przetrwać dzieciństwo




William Sutcliffe Zły wpływ
Sięgnęłam po te książkę, ponieważ znajoma mi osoba robiła zdjęcia na okładkę. Zresztą okładka jest bardzo sugestywna, przyciągająca, zaczepna. Gdy zaczęłam czytać wieczorem tę książkę - skończyłam nad ranem. Nie mogłam się od niej oderwać!
Zły wpływ to obraz dziecięcej psychiki. Gdy się zatapiamy w stronice tejże książki - wracamy pamięcią do dziecięcych lat. Dziecięcych wspomnień. Co tam znajdujemy? Odłóżmy na bok mit o szczęśliwej arkadii - sięgnijmy pamięcią do tych chwil, o których chcieliśmy zapomnieć. Łzy w naszych oczach, odrzucenie, poczucie porażki. Te pierwsze emocje zwykle po latach szybko zapominamy - ale Sutcliffe nam o nich przypomina.
Jest to powieść o chłopcu, który walczy. O co? O dziecięcą godność, honor, akceptację. Przyglądając się losom chłopca - przychodzi nam na myśl powieść Goldinga - "Władcy much" - z ta różnicą, że Zły wpływ jest dużo bardziej realny. O takich historiach czytamy w gazetach. Oglądamy w wiadomościach. A dzięki tej lekturze - możemy zidentyfikować się z młodym bohaterem.
Zdecydowanie polecam!

poniedziałek, 1 lutego 2010

labirynty kobiecej psychiki



Cudzoziemka, Maria Kuncewiczowa

Cudzoziemkę znamy jeszcze ze szkoły. Niestety, ja sięgnęłam po nią dopiero teraz, na studiach. A może właśnie to był dobry moment? Myślę, że teraz, jako młoda mężatka, kobieta u progu dojrzałości - teraz dopiero treść tej lektury do mnie trafia, przesłanie. Lepiej późno niż wcale - i to właśnie jest dewizą tejże książki.
Kuncewiczowa namalowała słowami psychikę kobiety, niezwykle szczegółowo. Główna bohaterka jest zagubiona we wspomnieniach, nieszczęśliwa, czuje, że jej życie było sztuczne, martwe. Tragedia, która ją spotkała - zależy jednak od niej samej, od jej wyborów. Niestety, dopiero na progu śmierci jest w stanie cokolwiek zmienić. Lepiej późno niż wcale...
Kuncewiczowa odkrywa przed nami nas samych - nasze zgorzknienia, żale i tęsknoty - ale nie tylko je przed nami obnaża, ale pokazuje, jak pięknie świat wygląda, gdy odrzucimy negatywne przymioty naszego życia, przestaniemy być cudzoziemcami w naszej własnej przestrzeni i zaczniemy jeszcze raz... Z otwartym umysłem, chłonąc każdą szczęśliwą chwilę.

czwartek, 28 stycznia 2010

Emocje w kilku opowiadaniach




Sceny z życia za ścianą, J. L. Wiśniewski

Gdy w Empiku zobaczyłam tę książkę, bez zastanowienia ją wzięłam. Można powiedzieć, że "poleciałam" na nazwisko i szczerze mówiąc wcale się nie zawiodłam - już wcześniej spotkałam się z miniaturami Wiśniewskiego - zastanawiam się, skąd on zawsze wie - w którym momencie ładnie skończyć opowiastkę? Jak pięknie potrafi pobudzić człowieka do refleksji. Szkoda tylko, że jego książki czyta się tak szybko - zaledwie godzinę, półtorej - tak mało czasu mam na delektowaniem się...
Z tejże książki jednak, świat wydaje się smutnym miejscem. Rodzina zwykle rozbita, można zaryzykować stwierdzenie - z góry już określona jako przegrana. Bez nadziei. Czy na prawdę tak wyglądamy? Nie ma już w nas uczucia, niezmiennego - nie ugiętego przez czas, inne kobiety, urodę?
Emocje od zawsze najbardziej mnie interesują w powieściach czy jak tutaj - miniaturach prozatorskich. Może dlatego właśnie bez wahania wybrałam J. L. Wiśniewskiego? To już jego czwarta lub piąta książka, która znalazła swoje miejsce na moim regale.

czwartek, 21 stycznia 2010

W kręgu okultyzmu...


E.E., O. Tokarczuk

Dzisiaj przedstawiam Wam książkę magiczną. Napisała ją jedna z najlepszych polskich pisarek, pięknie poruszająca tematy transcendencji, psychologii dojrzewania.
Poznajemy młodą dziewczynkę, Ernę Eltzner, jak pąk róży, rozkwitającą w ciekawych czasach - przed I Wojną Światową. Idealnie oddany nastrój tamtych czasów. Matka, czuła na wszelkie oznaki niezwykłości zauważa w córce cechy medium. Zaprasza znajomych z kręgów okultystycznych i zaczyna przedstawienie...

Książka w ciekawy sposób otwiera umysł. Dzięki tej książce sami badamy granice własnej wiary. Osobiście najbardziej podobały mi się labirynty psychiki ludzkiej, świetny sposób narracji - autorka pozwala nam przyglądać się wydarzeniom z perspektywy każdego bohatera. Lektura "E.E." zajęła mi jedną noc i powiem szczerze - życzyłabym sobie więcej takich refleksyjnych nocy.