Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współczesna literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współczesna literatura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 maja 2021

Transpłciowość w oczach matki



"Tak to już jest" Laurie Frankel

Zacytuję autorkę:

"Pisanie książki przypomina gotowanie zupy. podstawę stanowi bulion złożony w całości z fikcji. na przykład mam tylko jedno dziecko, nie pięcioro i nie jestem lekarką, a na widok skaleczenia po zacięciu się papierem Robi mi się słabo. następnie do tego wymyślonego rosołu dodajemy odrobinę odszukanych faktów, drobinki wspomnień z dzieciństwa, garść przesmażonych rozmów z placu zabaw, kilka kawałków, których początkowo nie planowaliśmy ale okazały się konieczne do wzbogacenia smaku i wreszcie drobno posiekane fragmenty własnego życia. gotujemy na wolnym ogniu, aż składniki zmiękną i przyjdą wzajemnie swoimi smakami, nabierając nowej jakości. tak pichci się literaturę. trochę z myśleń, trochę życia, 100% prawdy.
Chciałabym, żeby moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - dorastało w rzeczywistości, w której może być tym kim chce i rozwijać się otoczone miłością, szczęściem i uznaniem. Pragnę by moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - miało do wyboru więcej możliwości, więcej ścieżek przez las, więcej wersji tego, co normalne, więcej bezwarunkowej miłości. kto by tego nie chciał? "
Ta książka stoi na pierwszym miejscu wśród książek, które wycisnęły ze mnie najwięcej łez wzruszenia. Właściwie miałam wrażenie, że ciągle ryczę.
To bardzo piękna, ciepła opowieść o rodzinie, która z całym sił starała się trzymać razem, być dla siebie oparciem i walczyć za każdego członka rodziny. To powieść o dojrzewaniu zarówno dzieci jak i rodziców. O tajemnicy, która wpływa na wszystkich: buduje i rujnuje. W końcu to piękna baśń o świecie, w którym można być kim się tylko chce.
To 455 stron, które czyta się zdecydowanie za szybko!

piątek, 17 sierpnia 2018

"Nic nie jest tak ulotne jak pamięć dziecka"


Mama kłamieMichel Bussi


O książce dowiedziałam się przypadkiem, urywkiem. W radiu usłyszałam zajawkę książki, ale nie zdążyłam usłyszeć tytułu ani autora. Do mojej chłonnej świadomości dotarło, że pojawiła się na rynku wydawczym książka o dziecku, które twierdzi, że mama, która go przyprowadza i odbiera ze szkoły to nie jest jego prawdziwa mama. Wspomnienia zacierają się w trzyletnim dziecku, mieszają z fantastycznymi wyobrażeniami a sklecić w sensowną całość próbuje zaangażowany psycholog przedszkolny.

Z wcześniejszych recenzji wiadomo, że temat porwań w jakiś sposób mnie uwrażliwia, więc zapragnęłam przeczytać tą książkę. Szukałam jej przez wiele miesięcy, aż któregoś dnia zupełnie przypadkiem zobaczyłam ją na Nadmorskim Plenerze Czytelniczym w Gdyni. Wieczorem rozpoczęłam swoją przygodę a następnego dnia ją zakończyłam. Z pełnym sukcesem i pełną satysfakcją.

Istotnie, książka opowiada o około trzyletnim dziecku, które próbuje wydobyć ze swojej pamięci prawdziwą mamę, jednocześnie czerpać radość z rzeczywistości, która go otacza. O wspomnieniach przypomina mu mały pluszak, Guti, który chowa w sobie wiele tajemnic zaszyfrowanych w warstwie metaforycznej. Wiele zawiłości psychologicznych tłumaczy psycholog, który zajmuje się chłopcem i walczy o jego prawdę – szuka wsparcia w pani komendant.

Powieść francuskiego pisarza, Michela Bussi, zachwyca wielowątkowością – w wielu recenzjach spotkałam się ze zdaniem, że można tam spotkać wręcz natłok wydarzeń, bohaterów i skomplikowanie fabuły, ja jednak uwielbiam, kiedy książka z początku wydaje się poplątana jak makaron na spaghetti, pod warunkiem, że ostatecznie wszystko się z sobą zawiązuje, wyjaśnia i staje się klarowne i przede wszystkim: zaskakujące.


Powieść "Mama kłamie" skłoniła mnie do refleksji dotyczącego poświęcenia. W książce przewija się kilkoro rodziców, którymi kierują różne uczucia, różne motywy. Są tacy, którzy dziecko traktują jak przepustkę lub raczej - wymówkę; są tacy, którzy swoją miłością obdarzają nie dziecko, lecz jego wyobrażenie o nim... I jest matka, która wie, że miłość to dobro. To nie chwilowe zachcianki, zaspokojenie własnych potrzeb (o tym mówi ostatnia scena, która dla wielu nie jest zbyt jasna, wręcz jest oderwana od całości - moim zdaniem pokazuje miłość do dziecka jako cel a nie dopełnienie swojego życia). Matka - która by chronić dobro dziecka decyduje się na misterny plan, niezwykle kreatywny a jednocześnie niebezpieczny. 

piątek, 13 lipca 2018

Odkurzanie regału


Na moim regale jest pełno książek, które czekają na lepsze czasu. W zasadzie sama nie wiem jakie to miałyby być czasy – kiedyś „po studiach”, później „na wakacje” a jeszcze później chyba „na emeryturze”. Od ostatniej przeprowadzki minęły właśnie 4 lata a książek przybywa tym samym zmniejszając powierzchnię mieszkalną ;) I w zeszłym roku postanowiłam się tymi książkami „na kiedyś” zająć. Raczej ich nie recenzowałam, bo większość tych, które już przeczytałam trafiły na stosik „na wymianę” lub „do oddania”. Niektóre powędrowały do nowych właścicieli w formie prezentu. Niestety nie wszystkie przeczytane książki recenzuję. Wstyd się przyznać, ale wiele książek nie kończę. Doszłam do wniosku, że szkoda mi czasu na niektóre, bo książek jest wiele, ja jedna a czas płynie za szybko.



Ze stosu książek do oddania czy na wymianę (zdecydowanie preferowana druga opcja) wyłania się dziś pozycja, która leżakowała na regale dziesięć lat J Dostałam ją w prezencie od kolegi ze studiów, ponieważ wiedział on o tym, że kolekcjonuję książki S. Kinga i być może chciał się wpasować z prezentem. I tak oto stałam się posiadaczką Dobrego Zabójcy” Deana Koontza.





Książka w polskim wydaniu nie jest zachwycająca. Właściwie nie dziwie się, że nie chciało mi się jej czytać. Przypomina wersję kieszonkową, okładka nie zachęca, streszczeń nie czytałam, nie przytoczę też tutaj, bo książka jest wystarczająco przewidywalna. Pierwsza „scena”, zaczątek akcji jest innowacyjna a później już niczym nie zaskakuje. Dlaczego zatem ją dokończyłam?

Ano właśnie. Ciekawa sprawa – ponieważ autor zaskoczył mnie zabawnymi dialogami. Gdy tylko bohaterzy „otwierali buzie” zwykle wychodziły z nich całkiem zabawne teksty. Kilka szczegółów okazało się też interesujących, typowych dla thrillerów ale niestety w żaden sposób nie wytłumaczonych (np. geneza osobowości zabójcy). Ale znalazło się też kilka całkiem trafnych cytatów, jak np. ten:

Smutek nie jest krukiem, który siedzi uparcie nad drzwiami komnaty. Smutek jest zębatą istotą i powraca, kiedy tylko wypowie się szeptem jego imię.

czy ten:

Osoba o dojrzałej psychice szuka pozytywów w każdej sytuacji, ponieważ żadne doświadczenie nie jest całkowicie negatywne.



Lekturę zdecydowanie zaliczam do jednorazowych, dobrych na wakacyjne wieczory. Po ostatniej lekturze taka odskocznia jest jak najbardziej ok. Jednak ten typ powieści wciąż ma dla mnie odpowiedni synonim i jest nim niezmiennie od lat: S. King.



Książka na moim regale, na półeczce „do wymiany”, więc jeśli ktoś byłby zainteresowany – zapraszam.

wtorek, 3 lipca 2018

Życie miłosne, Zeruya Shalev



Zeruya Shalev, Życie miłosne

Pewne książki, podobnie jak piosenki i inne formy kultury i sztuki spotyka się zupełnie przypadkiem. Inne, z pełną premedytacją wyszukuje się w Bibliotekach, na serwisach muzycznych czy w galeriach. Ja do „Życia miłosnego” widocznie musiałam dojrzeć, bo mimo ukazania się jej na rynku w 2008r. to zetknęłam się dopiero niedawno. Zaczęło się od wywiadu dla GazetyWyborczej, w której Zeruya Shalev zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Autentyczna, szczera, naturalna. I jak miałam się przekonać – z ogromnym talentem. Talentem tego rodzaju, który się porozumiewa z emocjami, integruje z nimi, wydobywa na wierzch.

Gdy w końcu udało mi się zdobyć „Życie miłosne” odłożyłam je na moment, w którym będę wiedziała, że nic mi nie przeszkodzi. I w istocie było to doskonałe posunięcie, ponieważ przez trzy dni, kiedy to wieczorami zatapiałam się w opowieści o kobiecie imieniem Ja’ra – myślałam tylko o niej. O niej i swojej wewnętrznej kobiecie. O kobiecych pragnieniach i oczekiwaniach.

Autorka ma specyficzny styl polegający na pisaniu bez dialogów. Nie używa dialogów jako zewnętrznych, odrębnych tekstowo bytów. Zawiera je w treści, ciągnie niczym strumień świadomości. Rozmowy, dialogi, życie wewnętrzne, intymne sceny – jesteśmy ich uczestnikami. Widzimy wszystko oczami bohaterki, czujemy to, co ona, pędzimy jej gonitwą myśli. Nie jesteśmy tylko widzami obserwującymi konstrukcję dialogów i scen. Jesteśmy tam, z nią.



Dzięki głównej bohaterce i to, co ją spotyka oraz to, na co się decyduje możemy śledzić proces wikłania się w coraz mroczniejsze zakamarki nie tylko jej pragnień, oczekiwań od życia ale również przeszłości. Widzimy jak nieświadomie powiela schemat, który stworzyła jej własna matka. I jak próbuje z nim walczyć. Książka Shalev jest pełna metafory. Wiemy przecież, że nie budzący w nas dobrych uczuć Arie, kochanek Ja’ry, tak naprawdę przedstawia mężczyznę, który ma być na tyle odległy i na tyle niedostępny jak tylko to możliwe a jednocześnie będący uzależniony od uzależnienia bohaterki… Jest tylko postacią, nakreślonym symbolem. Podobnie jak rodzice głównej bohaterki, jak atmosfera uczelni, w której pracuje. Tylko mąż Ja’ry, Joni wydaje się być prawdziwy. Jest ofiarą przemian kobiety, jej dojrzewania. On jeden wydaje się bierny, pozbawiony decyzyjności – niemal na wzór żony z legendy o zburzeniu Świątyni, do której na okrągło się odwołuje bohaterka. Tak bardzo szukając swojej tożsamości nie zauważa, że swoimi decyzjami brnie coraz to bardziej ku katastrofie swojego życia. Katastrofie lub, być może szansie na stworzenie czegoś nowego, bez opierania się na obietnicy bezpieczeństwa czy chwilowym pożądaniu.



Zeruya Shalev jest wielokrotnie nagradzaną izraelską pisarką. Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 20 języków, na motywach wielu z nich powstały scenariusze filmowe. Zadebiutowała w 1988 r. tomem wierszy, a pięć lat później wydała powieść zatytułowana Tańcząc, stojąc. Prawdziwy sukces przyniosła jej książka Życie miłosne (wydana w Izraelu w 1997 r.; sześć lat później ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa W.A.B.). Kolejne tomy trylogii – Mąż i żona oraz Po rozstaniu – potwierdziły jej pisarską rangę.
Źródło: http://lente-magazyn.com/czas-kryzysu-to-czas-dojrzewania-rozmowa-z-zeruya-shalev/

Wpis bierze udział w akcji #WyPożyczone




środa, 2 grudnia 2015

Podróż w mrocznym klimacie



Dziewczyna z pociągu, Paula Hawkin

Debiut, który rozsławiono na 47 krajów, z wykupionymi prawami do ekranizacji... nie mogłam przejść obojętnie. Zachęcona krótką recenzją Stephana Kinga - wgłębiłam się w świat, który opisała Paula Hawkins.
Kim w ogóle jest osoba, która stała się takim fenomenem?
Paula jest przede wszystkim Brytyjką, w tym roku skończyła 43 lata, urodziła się i wychowywała w Zimbabwe. Wydała wcześniej poradnik ekonomiczny dla kobiet pt. The Money Goddes, pracowała jako dziennikarka The Times w dziale biznesu.
Książka jednak nie ma nic wspólnego z biznesem, to porywający thriller psychologicznym, którego akcja toczy się w pobliżu Londynu.
Jest to przede wszystkim bardzo realny świat widziany oczami bohaterek: Rachel, która codziennie jedzie do pracy tym samym pociągiem i obserwuje pewien dom, wyobrażając sobie życie jego mieszkańców, Megan, która w owym domu mieszka oraz Anny, która mieszka kilka domów dalej i jest ściśle związana z obiema bohaterkami.
Ich losy splatają się, gdy dochodzi do nieoczekiwanego wydarzenia, które wstrząsa Rachel i sprawia, że nie chce już być zwykłą dziewczyną z pociągu, a uczestniczką wydarzeń.

Książka napisana jest z niezwykle emocjonalną precyzją. Autorka wgłębia się w psychikę kobiet i opisuje ich odczucia, myśli i zachowania tak autentycznie, że się wręcz czuje przepływające przez nie emocje. Najdoskonalszą postacią jest Rachel, która stara się pozbierać po rozwodzie i odkrywa jak puzzle ważne dla siebie szczegóły swojego małżeństwa.
Lektura zrobiła na mnie ogromnie pozytywne wrażenie i szczerze mogę polecić każdemu tą książkę. Elementy dreszczyku, psychologii i pędzącej akcji sprawia, że czyta się ją z zapartym tchem. Nie tylko do pociągu.

środa, 9 września 2015

Bez przyszłości

Future, Glukhovsky



Gdy zapytam Cię "czym jest śmierć", odpowiesz może, że czymś normalnym, naturalnym. Pewnym - niczym podatki.
Dmitry Glukhowsky w swojej książce Future odpowiada zaś, że śmierć jest nienaturalną konsekwencją wyboru, złego wyboru, którzy dokonują ludzie dla których ważniejszy jest dzieciak niż Nieśmiertelność. Śmierć jawi się wtedy jako obrzydliwy, nienaturalny stan, od którego należy się odsunąć i trzymać w rezerwatach.
Dzieciak, który trafia do miejsca, gdzie nauczy się byś w pełni posłuszny; gdzie wraz z innymi dzieciakami - gdy stanie się dorosły - nauczy się odbierać młodość innym ludziom, którzy dokonają wyboru.

Główny bohater jest takim dzieckiem. I chociaż poznajemy go jako "dorosłego" i jedynie poprzez retrospekcję możemy poczuć, co czuł jako zastraszone, żyjące jeszcze jakimś marzeniem małe dziecko. Jednak staje się coś, seria wydarzeń, które uruchamia w nim prawdziwe dorastanie.

Glukhowsky moim zdaniem poruszył dwie ważne kwestie (i całą masę równie ważnych, o których nie wspomnę, bo nie chcę spoilerować) - kwestię przyszłości i wieczności. Rzucił do rozważenia myśl: czy możliwa jest przyszłość, kiedy jesteśmy nieśmiertelni? Czy pisarz napisze najpiękniejszą swą powieść mając w zanadrzu tysiące lat przed sobą...? Czy raczej dążyć będziemy do wiecznego zaspokojenia nudy - poprzez przyjemności? Co się dzieje - kiedy ludzi jest coraz więcej i wszyscy mogą być Nieśmiertelni?

Gorąco zachęcam do lektury. Moim zdaniem jest to 5/5!

wtorek, 16 czerwca 2015

"Nie wszystko gówno znaczy"




Znalezione Nie Kradzione, Stephen King

W zeszłym tygodnia była premiera nowej książki Kinga, kontynuacji Pana Mercedesa. Dzięki dobremu sercu mojego partnera i mojej żałosnej miny spod koca (jestem chora), dostałam ją w formie prezentu i niemal od razu wzięłam się do jej przeczytania.
Jak zwykle - nie zawiodłam się.

Książka zaczyna się od morderstwa i to umotywowanego - wg. jej sprawcy. Nabiera więc tempa od pierwszych stronic i szczerze mówiąc nie przypominam sobie, by w którymkolwiek momencie zwalniała. Przyglądamy się - niczym niemi podglądacze - w tym kocham literaturę - nic nie możesz zrobić, możesz tylko czytać i pochłaniać akcję, mając nadzieję, że poprowadzi nas tak, jakbyśmy tego pragnęli... niestety niektórzy nie potrafią tego zrozumieć i właśnie takim czytelnik jest nasz sprawca. Włamuje się do domu na odludziu należącym do swojego ulubionego pisarza. Żąda od niego wyjaśnień, dalszych rękopisów i skruchy. Twierdzi, że nie zależy mu na pieniądzach, ale... nimi też nie pogardzi.

Niestety coś poszło nie tak i choć za inną zupełnie sprawę, nasz sprawca - Morris Bellamy trafia do więzienia, zanim jednak to się dzieje udaje mu się zakopać swój łup - największy skarb. Dalsze dzieje bohatera literackiego, z którym się tak utożsamiał. Skarb, który wiele lat później znalazł inny chłopiec a ich drogi miały się za chwilę przeciąć.

W momencie przecięcia dróg znalazcy, chłopca, Petera Saubersa którego rodzina ucierpiała na wskutek masakry pod City Centre przez szaleńca w mercedesie i złodzieja, który wyszedł na warunkowym do akcji wkracza znana nam już ekipa: detektyw Hodges, Holly i Jerome.Znani z "Pana Mercedesa"  i uratowania połowy miasta.

W tej części nie ratują miasta, ale robią równie ważną rzecz. Jesteśmy świadkami zderzenia dwóch postaw czytelniczych, dojrzewającej i zamkniętej w sobie, ciasnej, egoistycznej. Taką, która opierając się na osobowości właściciela - wie co jest dobre a co złe, sięga po wzorce i wykorzystuje je w życiu, a druga - wykorzystując wzorce książkowe manipuluje nimi by osiągnąć cel zaspakajając jedynie swoje potrzeby.

Często powtarzana przez główną postać książki Rothsteina, pisarza, który ginie w pierwszych kartach książki kwestia:
"Wszystko gówno znaczy"
powtarzana była wiele razy przez obu bohaterów: Morrisa i Petera. Obaj używali je by podnieść się na duchu w zupełnie innych sytuacjach.

sobota, 6 kwietnia 2013

"Sama z kotem w zakurzonej szafie pełnej niesparowanych butów to kiepskie miejsce na to, żeby zabłysło twoje światełko"







Twój głos w mojej głowie, Emma Forrest


Są takie momenty w życiu każdego z nas, kiedy myślimy, że „straciliśmy tak dużo, że powinniśmy stracić po prostu wszystko”. Twój głos w mojej głowie to historia o traceniu.  

Emma Forrest przybywa do nowego Jorku i zostaje przez niego pochłonięta. W tym samym czasie uwalniają się w niej destrukcyjne zachowania jak bulimia, autoagresja. Popada w okresowe depresje, manie. Zakrwawiona na ciele i duszy po próbie samobójczej trafia do psychiatry, doktora R., którego traktuje jako swojego mentora. Jej życie po pewnym czasie zaczyna się prostować: podróżuje, pracuje twórczo, zakochuje się w gwiazdorze. Gdy pewnego dnia dzwoni do swojego psychiatry by umówić się na kolejną wizytę, dowiaduje się, że on nie żyje. Bohaterka załamuje się, jest zagubiona a na domiar złego jej związek miłosny zupełnie nagle rozpada się. Książka opisuje walkę o przetrwanie i powrót do równowagi.
Jak napisała na okładce książki Elizabeth Gilbert jest to „niesamowita historia obsesji, zawodu miłosnego i powolnego, wytrwałego zdrowienia”.

Po przeczytaniu autobiograficznej książki Emmy Forrest nasunęły mi się różne refleksje. Przede wszystkim chciałabym podzielić się radością – cieszę się, że ludzie piszą o swoich zmaganiach z chorobą – autorka wprost pisze o swoich problemach psychicznych, o depresji, próbach samobójczych, autoagresji. Nie ma dla niej tematów tabu. Nie wstydzi się opisywać swoich przeżyć i myśli niezależnie od tego kim jest i jaką pozycję społeczną zajmuje. Nie robi tego też w sposób nachalny, potrafi posługiwać się słowem pisanym w zmysłowy sposób: podsuwa czytelnikowi obrazy i dźwięki. Jest szczera i rozbrajająca.
Twój głos w mojej głowie to kolejna historia potwierdzająca mój pogląd, że „odnajdujemy samych siebie w innych ludzkich duszach”. Emma spotkała na swojej drodze wspaniałego człowieka, który przez jakiś czas pełnił rolę drogowskazu, doktora R. To w nim mogła się przejrzeć i zobaczyć ten kawałek siebie, który umie o siebie zawalczyć. Dzięki temu mogła stwierdzić, że nie wszystko stracone. Bo jest coś, co pomoże przez „to” przejść.

sobota, 7 kwietnia 2012

akcja!


Zdążyć przed świtem, Marta Bilewicz

Książka Marty Bilewicz skierowana jest do wielbicieli powieści sensacyjnych  i erotyzmu. Z początku czytelnik wprowadzony jest w atmosferę wydziału DEA (Drug Enforcement Administration - organizacja zajmującą się przemytem i handlem narkotyków) oraz UNAKO (odłam ONZ zajmujący się zwalczaniem przestępczości na świecie). 

Poznajemy dwóch agentów - Joego i Garetha, którzy są najlepsi w swoim fachu. Autorka nakreśliła ich portrety psychologicznie, powoli wprowadzając czytelnika w ich życie osobiste. Przy okazji pierwszej wyprawy do Japonii do zespołu dołącza przepiękna Connie, z którą nawiązuje romans Joe. Bardzo burzliwy romans, który poznajemy z wszystkimi szczegółami. Zaś przy okazji drugiej akcji, która łączy się z pierwszą to Gareth poznaje nieśmiałą Kate, do której coś czuje, ale nie ufa jej, zresztą słusznie. Na kartach książki prócz szczegółowych opisów miłości, poznajemy ciekawostki dotyczące sztuk walk, zwłaszcza japońskie: kodeks ninja, typy broni (co szczególnie mnie interesowało). Dalej akcja toczy się niczym w Ojcu Chrzestnym, gdzie wmieszana jest mafia włoska. 

Autorka stosuje przejścia z jednego bohatera do drugiego, "wchodząc" w psychikę każdego z nich, co zrobione zręcznie daje wrażenie szybkich zwrotów akcji, dzięki czemu lektura jest wciągająca. Niestety same "akcje" wydają się przewidywalne. Zdecydowanym negatywem są opisy ognistych romansów, co czyni książkę zagmatwaną, gdzie opisy seksu wiążą się z przewrotnością biegu wydarzeń. Myślę, że autorka troszkę za bardzo skupiła się na opisie romansów, przez co ucierpiała fabuła. Aczkolwiek opisy są bardzo dokładne i oddziałują na wyobraźnie. Jednak nie jest to coś, czego oczekuje się od powieści sensacyjnej. Być może autorka z racji swojej płci przemyciła romantyzm w swojej powieści.

Znaczącym mankamentem książki są błędy edytorskie: głównie gramatyczne, szczególnie na początku lektury oraz literówki.
Na początku książki jest motto, które niezwykle przypadło mi do gustu, czym zakończę moją recenzję:
Jest tylko dziś...
Wczoraj jest już snem,
a jutro tylko wizją.
Ale dobre dziś
czyni wczoraj dniem szczęśliwym,
a jutro wizją nadziei...


Ocena: 3/6
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Novaeres oraz portalowi Sztukater.pl.

wtorek, 7 lutego 2012

"Miłość, to nie pluszowy miś..."



Jim w lustrze, Inger Edelfeldt
Wydawnictwo Marcin Erdmann, 1996


Czy miłość ma płeć? Czy miłość musi zawierać się w schematach, jakie wybrała większość? Czy miłość w ogóle ma obowiązek być poprawna politycznie, poprawna społecznie i najlepiej taka, która nie kłuje w oczy, która będzie akceptowalna przez tak zwaną „resztę”?

Nie musi.

Miłość jest uczuciem bardzo indywidualnym. Miłość dotyka dwie osoby, zbliża je do siebie. I nie ważne, zupełnie, absolutnie nie jest ważne dla innych w jaki sposób te dwie osoby chcą sobie okazywać tą miłość. Oczywiście, pod warunkiem, że robią to za obopólną zgodą.

Jim w lustrze opowiada historię chłopca, który jest świadomy swojego Tajemnego Serca. Swojej tęsknoty do miłości. Pragnie jej, jednak walczy z tym pragnieniem, bo wie, że nie jest akceptowalne przez społeczeństwo.
Śledzimy jego życie niemal od maleńkości. Jak bawi się z kolegą na wsi i jest szczęśliwy. Jak przeprowadza się z rodzicami, idzie do szkoły, jest prześladowany przez kolegów z powodu swojej nieśmiałości. Ucieka do książek, jest najlepszym uczniem w klasie. Najeżony kolcami wątpliwości nawiązuje znajomości. W szkole średniej poznaje przyjaciół, z którymi prowadzi egzystencjalne rozmowy… stara się zapomnieć o własnych pragnieniach. Ale miłość jest cierpliwa. Miłość znajdzie każdego, choćby ten się miał chować przed nią w najdalszym kącie swojej duszy.
Impreza kończąca szkołę średnią. Zwykła rozmowa między dwojgiem nieznanych sobie wcześniej chłopaków. Zwykła rozmowa czy nieświadome wabienie? Cudowna gra pozorów, ukrytych sensów, delikatnych insynuacji.

Czy miłość można dzielić na „lepszą” czy „gorszą”?
Przecież wszyscy odczuwamy to samo…

Byłem całkowicie bezradny. Do tej pory nie miałem pojęcia, jakie to może być uczucie być razem z drugim człowiekiem. Nie miałem pojęcia, z czego byłem gotów zrezygnować. To było tak, jakby pękła we mnie tama, jakby uwolniona fala mogła porwać z sobą wszystko. Prawie mnie to napawało lękiem.”

Znajome?

Niestety, niektórzy odczuwają coś więcej…

To było tak, jakby był na mnie skierowany reflektor. Widziałem tysiące wzniesionych palców wskazujących. Widziałem ich oczy. Ich zszokowane, niewierzące oczy. I ozy mojego ojca. Płonące dziecinną złością, bo dwóm mężczyznom nie wolno się kochać. Dwóm mężczyznom nie wolno się kochać przede wszystkim fizycznie.”

Ile czasu musi minąć, by ludzie przestali zajmować się życiem innych? Szczególnie życiem najintymniejszym?

Po wielu kartkach powieści Jim stwierdza:

Nagle poczułem ochotę wskoczenia jednym susem pomiędzy chipsy i butelki z winem na stole [zabawa dla absolwentów szkoły średniej], aby wywołać donośny śmiech, i aby zedrzeć z siebie na ich oczach całe ubranie. Tu jestem! Gówno mnie obchodzi, co myślicie, wy nudziarze! Jeśli o mnie chodzi, to możecie się wszyscy poklepywać po plecach, aż padniecie martwi. Myślę, że tego wieczoru zrozumiałem, że już się nie boję.”

Główny bohater odniósł sukces. Po wieloletniej walce z własnym wstydem, z niezrozumieniem innych i brakiem akceptacji od najbliższych zrozumiał, że nie jest mu to potrzebne. Że ma prawo być tak samo szczęśliwy, jak inni.

Książka ukazała się wiele lat temu w Skandynawii i podbiła tamtejszy rynek „branżowy”, stając się największym gejowskim bestsellerem. W Polsce wydało tę książkę niewielkie wydawnictwo z Torunia.
Po przewertowaniu „tęczowej” literatury Polskiej, stwierdzam, że wydawnictwa rodzime wcale nie unikają tematu. Ale nie mają one zbyt dużego grona czytelniczego. Może prócz „Lubiewa” Witkowskiego, które wręcz zatrzęsło w 2004 roku rynkiem wydawniczym, krytycy mięli wiele do powiedzenia a czytelnicy byli zszokowani. Praktycznie od 1989 roku co jakiś czas zostawały wydawane książki, które mogły zszokować opinię publiczną, jednak tego nie robiły… (Grzegorz Musiał, W Ptaszarni, 1989). Nie były to pierwsze książki z wątkami homoseksualnymi. Wielu sławnych Polaków sięgało po tego typu wątki: Gombrowicz, Iwaszkiewicz, Andrzejewski…
I dobrze. Przecież, Homo sum; humani nihil a me alienum puto.



poniedziałek, 2 stycznia 2012

zgroza w grozie gryzie


 

15 blizn

 
Antologia opowiadań mistrzów krajowej i zagranicznej sceny horroru brzmi dumnie i wyjątkowo dużo się od niej wymaga. Czytelnik sięgający po taki zbiór domaga się piętnastu wybuchów, prawdziwych fajerwerków. Najlepiej takich, które pozostawią blizny.

Zdecydowanym pozytywem antologii wydawnictwa Replika są niepublikowane wcześniej w Polsce opowiadania. Kilka świetnych nazwisk, rewelacyjna okładka i niezwykle zachęcający tekst z tyłu książki. Nie jest to pierwsza książka z tej serii – po sukcesie z „11 cięć” wydawnictwo zdecydowało się na „15 blizn” – więcej opowiadań, więcej horroru!
Z entuzjazmem zatopiłam się w świat pełen grozy, krwi, intryg i szaleństwa… Wyszłam z niego lekko oszołomiona, lecz nie do końca zachwycona.

Dobór nowel jest zdaje się przypadkowy lub (jak wolę sądzić) kierowany popularnością nazwisk. Niestety większość nazwisk kompletnie nic mi nie mówiło. Dwa z nich zrobiło na mnie wrażenie (wspaniałe opowiadanie Aleksandry Zielińskiej i Stefana Dardy), dwa znane mi Wielkie Nazwiska: Masterton i Joe Hill. Szczerze mówiąc zawiodłam się na Mastertonie, zaś mile zaskoczył mnie Joe Hill, który technicznie się wyłamał i skonstruował swoje opowiadanie na zasadach, na jakich działają portale społecznościowe. Odpowiednio zbudował nastrój i z każdą kolejną „twiterrową wiadomością” dawkował napięcie.

Wrócę do tekstów, które są moimi faworytami: „Spójrz na to z drugiej strony” Stefana Dardy oraz „Ostatnie kuszenie Ewy Betulew” Aleksandry Zielińskiej. Pierwszy jest historyjką o młodym, trochę znudzonym sobą małżeństwie. „Przyjaciółka” rodziny postanawia ukarać żonę za jej zachowanie… Doskonale nakreślona atmosfera, szybkość akcji, rewelacyjnie zaskakujące zakończenie!
Drugie opowiadanie jest, moim zdaniem, inspirowane „Zbrodnią i karą” Fiodora Dostojewskiego i „Mistrzem i Małgorzatą” Bułhakowa. Od początku dozowane są czytelnikowi emocje skrajne: od żalu i uczucie niesprawiedliwości po zaskoczenie, litość i satysfakcję. W tym opowiadaniu sam Diabeł występuje w roli nauczyciela i sędziego…

Niestety w antologii można się natknąć również na kompletny niewypały, które ani nie straszą, ani nie bawią. Nie wywołują żadnych emocji, co powinna robić literatura. Zwłaszcza literatura grozy. Takim opowiadaniem jest „Pokój z widokiem na koniec” Dawida Kaina. Bogaty i znudzony twórca gier pragnie się wyrwać rutynie i szuka sposobu, by w końcu „coś poczuć” i „wyładować napięcie”. Jedyne, co w tym tekście jest koszmarne to jego przewidywalność.
Jeszcze jednym opowiadaniem – klapą był „Czym jest jasnookie dziecko?” Pawła Palińskiego. Zdecydowanie najbardziej niezrozumiały tekst z całej książki. Prócz festiwalu obrzydliwości, tekst jest po prostu nudny. I oczywiście nie odpowiada na pytanie zawarte w tytule.

Za to zdecydowanie najzabawniejszym i najbardziej odpowiadający mojej wizji gatunku grozy jest opowiadanie „Opowieść z Owczej Łąki” Jacka Ketchuma. Autor na wstępie przedstawia swojego bohatera, którego można spotkać w innych jego książkach. Mówi o nim, że jest jego „alter ego w krzywym zwierciadle”, dalej „Stroup szalał na łamach różnorakich magazynów dla mężczyzn, szlajał się po ciemnych ulicach Nowego Jorku, chlał szkocką i pakował się do łóżka każdej napotkanej kobiecie. Czasem coś pisywał, częściej ze skutkiem gorszym niż lepszym. Gościa nie da się lubić, bo niby jak? Zapijaczona morda, pogarda w oczach, wieczny cynizm”. Idealna postać! Bawi, wkurza, w końcu ma się ochotę go kopnąć w tyłek lub udusić za pomocą pierwszego lepszego bohatera. Ale nic z tych rzeczy! Ketchum nie daje czytelnikowi tej satysfakcji, zaskakuje go i sprawia, że po dotarcia do końca szczęka opada z wrażenia.

Ogólnie rzecz ujmując, nie żałuję, że poświęciłam czas i uwagę tej książce. Dzięki niej trafiłam na nazwiska, którym przyjrzę się bliżej. Jak również na takie, którym przyjrzeć zdecydowanie się nie zdecyduje. I będę czekać na kolejną książkę z tej serii.

Moja ocena: 4/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Replika i magazynowi „Płyń pod prąd”.

niedziela, 23 października 2011

Pierwsza mafijna rodzina

Mario Puzo, Rodzina Borgiów

Zwykle sięgamy po książkę z jakiegoś powodu: spodobała nam się recenzja, okładka, lubimy pisarza, który ją napisał… Ja sięgnęłam po „Rodzinę Borgiów”, ponieważ na HBO obejrzałam dwa odcinki serialu o tym samym tytule twórcy Neila Jordana.


Gdy podczas wycieczki po antykwariacie wypatrzyłam właśnie tą pozycję, natychmiast ją kupiłam. Zabrałam się do niej i mimo kilkudniowych przerw podczas czytania, oceniam ją bardzo wysoko.

Mario Puzo był specyficznym autorem. Lubował się w mafijnych tematach, zwykle też swoich bohaterów obnażał ze wszystkimi zaletami i wadami. Stwarzał możliwość ocenienia ich pod niemal każdym względem. Podobnie w Rodzinie Borgiów: poznajemy kochającego ojca, który pnie się na szczeblach kariery duchownej. W swoich dzieciach widzi największe szczęście i największy… środek, który ma mu pomóc w zdobyciu a następnie utrzymaniu władzy. Potrafi zręcznie nimi manipulować, pod osłoną cudownego płaszczyku miłości i troski wykorzystać ich atuty do własnych celów. Gdy zasiada na tronie papieskim i przyjmuje imię Aleksandra VI, jego dzieci są mu tak oddane, że z chęcią i wdzięcznością (!) przyjmują każde żądania ojca. Najstarszy syn, Cezary zostaje kardynałem; młodszy Juan wojskowym, najmłodszy żeni się z kobietą, dzięki czemu rodzina Borgiów miała poparcie rodu hiszpańskiego, z jakiej się wywodziła żona Jofrego. Lukrecja, córka Rodrigo Borgia (papieża Aleksandra VI) musiała wyjść za mężczyznę, który wydawał się być najlepszą partią i wsparciem dla rodziny. Gdy okazał się nie pożyteczny, papież unieważnił małżeństwo publicznie upokarzając Sforzę a następnie wydając córkę ponownie za mąż…  Wcześniej zaś silnie wiążąc córkę z synem, pozwalając by się w sobie zakochali:

Wiedział, że mężczyzna, któremu ulegnie jako pierwszemu, zawładnie jej miłością i oddaniem. Bo kiedy raz odda się mężczyźnie, powierzy mu klucze do swojego serca i duszy. On jednak [Aleksander VI] musi zadbać o to, by jednocześnie nie powierzyła mu kluczy do królestwa. A że Aleksander nigdy nie pozwoliłby obcemu rościć sobie prawa do swoich najcenniejszych dóbr, nadszedł czas, by sam nimi zawładnął.”

Słusznie Mario Puzo kierował swoje zainteresowania rodziną Borgiów upatrując w niej prototyp rodziny mafijnej. Sugeruje, że można ją tak nazwać, ponieważ w swoim postępowaniu kieruje się ona jedynie własnym interesem, dla realizacji którego nie waha się użyć szantażu, przekupstwa czy mordu. Puzo zręcznie tłumaczy ustami Aleksandra:

„Jesteśmy rodziną – zwrócił się do dzieci – a lojalność wobec rodziny musi mieć prymat nad lojalnością wobec czegokolwiek i kogokolwiek innego. Musimy uczyć się od siebie, ochraniać się i czuć, że przede wszystkim z sobą nawzajem jesteśmy związani. Bo jeśli uszanujemy ten związek, nikt nigdy nas nie zwycięży.”

Co może dać nam ta książka?
Prócz wiedzy historycznej podanej nam w przepięknym, fabularnym opakowaniu, prócz rozrywki intelektualnej i sposobu na spędzenie kilku chłodniejszych wieczorów – daje nam świadomość, jak bardzo władza i miłość potrafią wypaczyć człowieka. Jak jedna namiętność sięga po następną: miłość z nienawiścią, pragnienie seksualne z pragnieniem władzy… Powieść Mario Puzo chwilami bywa agresywna w swoim obrazie okrucieństwa i konsekwencji nielojalności, czasem zabawna w dialogach czy nieprzewidywalności zdarzeń.
Warto po nią sięgnąć.

Autor pracował nad swoją powieścią wiele lat. Niestety nie dokończył jej sam, za jego pozwoleniem i wedle wskazówek, ostatni rozdział dokończyła jego wieloletnia partnerka.

Moja ocena: 6/6
Alicja Liddell