Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta w literaturze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta w literaturze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 maja 2021

Transpłciowość w oczach matki



"Tak to już jest" Laurie Frankel

Zacytuję autorkę:

"Pisanie książki przypomina gotowanie zupy. podstawę stanowi bulion złożony w całości z fikcji. na przykład mam tylko jedno dziecko, nie pięcioro i nie jestem lekarką, a na widok skaleczenia po zacięciu się papierem Robi mi się słabo. następnie do tego wymyślonego rosołu dodajemy odrobinę odszukanych faktów, drobinki wspomnień z dzieciństwa, garść przesmażonych rozmów z placu zabaw, kilka kawałków, których początkowo nie planowaliśmy ale okazały się konieczne do wzbogacenia smaku i wreszcie drobno posiekane fragmenty własnego życia. gotujemy na wolnym ogniu, aż składniki zmiękną i przyjdą wzajemnie swoimi smakami, nabierając nowej jakości. tak pichci się literaturę. trochę z myśleń, trochę życia, 100% prawdy.
Chciałabym, żeby moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - dorastało w rzeczywistości, w której może być tym kim chce i rozwijać się otoczone miłością, szczęściem i uznaniem. Pragnę by moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - miało do wyboru więcej możliwości, więcej ścieżek przez las, więcej wersji tego, co normalne, więcej bezwarunkowej miłości. kto by tego nie chciał? "
Ta książka stoi na pierwszym miejscu wśród książek, które wycisnęły ze mnie najwięcej łez wzruszenia. Właściwie miałam wrażenie, że ciągle ryczę.
To bardzo piękna, ciepła opowieść o rodzinie, która z całym sił starała się trzymać razem, być dla siebie oparciem i walczyć za każdego członka rodziny. To powieść o dojrzewaniu zarówno dzieci jak i rodziców. O tajemnicy, która wpływa na wszystkich: buduje i rujnuje. W końcu to piękna baśń o świecie, w którym można być kim się tylko chce.
To 455 stron, które czyta się zdecydowanie za szybko!

wtorek, 3 lipca 2018

Życie miłosne, Zeruya Shalev



Zeruya Shalev, Życie miłosne

Pewne książki, podobnie jak piosenki i inne formy kultury i sztuki spotyka się zupełnie przypadkiem. Inne, z pełną premedytacją wyszukuje się w Bibliotekach, na serwisach muzycznych czy w galeriach. Ja do „Życia miłosnego” widocznie musiałam dojrzeć, bo mimo ukazania się jej na rynku w 2008r. to zetknęłam się dopiero niedawno. Zaczęło się od wywiadu dla GazetyWyborczej, w której Zeruya Shalev zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Autentyczna, szczera, naturalna. I jak miałam się przekonać – z ogromnym talentem. Talentem tego rodzaju, który się porozumiewa z emocjami, integruje z nimi, wydobywa na wierzch.

Gdy w końcu udało mi się zdobyć „Życie miłosne” odłożyłam je na moment, w którym będę wiedziała, że nic mi nie przeszkodzi. I w istocie było to doskonałe posunięcie, ponieważ przez trzy dni, kiedy to wieczorami zatapiałam się w opowieści o kobiecie imieniem Ja’ra – myślałam tylko o niej. O niej i swojej wewnętrznej kobiecie. O kobiecych pragnieniach i oczekiwaniach.

Autorka ma specyficzny styl polegający na pisaniu bez dialogów. Nie używa dialogów jako zewnętrznych, odrębnych tekstowo bytów. Zawiera je w treści, ciągnie niczym strumień świadomości. Rozmowy, dialogi, życie wewnętrzne, intymne sceny – jesteśmy ich uczestnikami. Widzimy wszystko oczami bohaterki, czujemy to, co ona, pędzimy jej gonitwą myśli. Nie jesteśmy tylko widzami obserwującymi konstrukcję dialogów i scen. Jesteśmy tam, z nią.



Dzięki głównej bohaterce i to, co ją spotyka oraz to, na co się decyduje możemy śledzić proces wikłania się w coraz mroczniejsze zakamarki nie tylko jej pragnień, oczekiwań od życia ale również przeszłości. Widzimy jak nieświadomie powiela schemat, który stworzyła jej własna matka. I jak próbuje z nim walczyć. Książka Shalev jest pełna metafory. Wiemy przecież, że nie budzący w nas dobrych uczuć Arie, kochanek Ja’ry, tak naprawdę przedstawia mężczyznę, który ma być na tyle odległy i na tyle niedostępny jak tylko to możliwe a jednocześnie będący uzależniony od uzależnienia bohaterki… Jest tylko postacią, nakreślonym symbolem. Podobnie jak rodzice głównej bohaterki, jak atmosfera uczelni, w której pracuje. Tylko mąż Ja’ry, Joni wydaje się być prawdziwy. Jest ofiarą przemian kobiety, jej dojrzewania. On jeden wydaje się bierny, pozbawiony decyzyjności – niemal na wzór żony z legendy o zburzeniu Świątyni, do której na okrągło się odwołuje bohaterka. Tak bardzo szukając swojej tożsamości nie zauważa, że swoimi decyzjami brnie coraz to bardziej ku katastrofie swojego życia. Katastrofie lub, być może szansie na stworzenie czegoś nowego, bez opierania się na obietnicy bezpieczeństwa czy chwilowym pożądaniu.



Zeruya Shalev jest wielokrotnie nagradzaną izraelską pisarką. Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 20 języków, na motywach wielu z nich powstały scenariusze filmowe. Zadebiutowała w 1988 r. tomem wierszy, a pięć lat później wydała powieść zatytułowana Tańcząc, stojąc. Prawdziwy sukces przyniosła jej książka Życie miłosne (wydana w Izraelu w 1997 r.; sześć lat później ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa W.A.B.). Kolejne tomy trylogii – Mąż i żona oraz Po rozstaniu – potwierdziły jej pisarską rangę.
Źródło: http://lente-magazyn.com/czas-kryzysu-to-czas-dojrzewania-rozmowa-z-zeruya-shalev/

Wpis bierze udział w akcji #WyPożyczone




poniedziałek, 27 października 2014

"To nie jest tak, że wszystkie rzeczy się kończą..."

"...Czas płynie i zamyka niektóre bramy (...) zostawia jednak coś na oścież otwartego, co nie daje się przesłonić żadną barwą, nawet czarną. Można utkać sobie jakieś drzwi, jest to zresztą zupełnie proste, ale historia zawsze będzie miękka jak zasłona i przemknie się pod spodem albo przez dziurę."


Szklanka na pająki, Barbara Piórkowska






Kilka lat temu, jeszcze na studiach o Basi Piórkowskiej dowiedziałam się od mojego wykładowcy, Artura. Artur prowadził na moim roku ćwiczenia z pisania, jak to się po amerykańsku nazywa a półprywatnie piliśmy browara w knajpie po udanym Tribute to Wojaczek. I podzieliłam się swoim marzeniem o wydaniu książki - po to w końcu poszłam na polonistykę. I podsunął mi nazwisko swojej koleżanki, która także prowadzi zajęcia twórczego pisania. Jakiś ideał, pomyślałam - młoda, zdolna, ceniona, do której można się zgłosić a pokieruje - tak sobie wyobrażałam Barbarę. Jakiś czas później zrezygnowałam zarówno z marzeń, jak i zajęć. A w księgarniach ukazała się jej książka, do której sięgnęłam dopiero tydzień temu, dzięki uprzejmości kolegi z pracy.


Zapomniane marzenia zostały na nowo odkryte, niczym tytułowe pająki uratowane przed zimą, do szklanki i na wiosnę wypuszczone.


Główną bohaterką jest Aleksandra, postać pierwszoosobowa, pierwszoplanowa i teraźniejsza, ale jak mówi, wie doskonale, że wcześniej, zanim się urodziła, była mężczyzną
"Najpierw byłam mężczyzną. Nazywałam się Wołodymir Switłyczko i miałam ogromne stopy”
a w jej rodzinie to się zdarza. I dlatego maluje, bo w ten sposób zapamiętuje wspomnienia. A maluje i opisuje świat niezwykle metaforycznie, a to, co jest dookoła niej jest niezwykle symboliczne, co wprowadza czytelnika w świat kolejnych znaczeń. Wraz z dorastającą dziewczynką dorastają jej anioły, najwięksi przyjaciele - najbardziej intrygujące stworzenia, tajemnicze choć niesamodzielne.


Autorka sprawnie nawiązuje magiczną więź z czytelnikiem, wprowadza go w świat Południa: Gdańska, korzeni, prowadzi po dzielnicach miasta i historii późnego PRLu, s
zarego blokowiska, dziecięcego postrzegania świata dorosłych, szkole, gdzie nie jest zbyt lubiana, za swoją inność, niewymiarowość, wyobcowanie czy niedopasowanie. Dziewczyna poszukuje własnej tożsamości za pomocą barw, architektury, historii sztuki, własnych refleksji.


Barbara Piórkowska spranie bawi się piórem na granicy poezji i prozy. Stylem, jak to nazywam dziecięco-dorosłym: oniryczno groteskowo abstrakcyjnym. Nie ma tu zniekształceń rzeczywistości tak drastycznych jak u innych abstrakcjonistów, czy oniryzmów, groteska nie razi w oczy, wszystkie składniki są doskonale ze sobą skomponowane, niczym barwy na obrazie bohaterki, która, jak sama siebie opisuje, wiele godzin spędziła szlifując fach. To, co mnie osobiście zachwyciło, to typowy dla młodych pokoleń rys: wspomnienia blokowisk, rodzinnego domu, "kłótni przy kolacji" i opis oparcia pleców o Kościół Mariacki podczas inicjacji. Bez romantyzmu, zbędnych ukwieceń, trzystu stron opisu zachodu słońca. Ale też bez toporności ze stylizacji pełnej wulgarności, rynsztokowej dosadności. Lektura, ma się wrażenie, szuka w człowieku klucza do tożsamości, do odpowiedzi na pytanie kim jesteśmy, jaka jest nasza historia, skąd się wywodzimy i co było wcześniej, jak ważne są nasze teraźniejsze problemy w obliczu całego życia lub życia na przestrzeni tysiąclecia, w końcu jak ważny jest pierwiastek męski bądź żeński, co na ten pierwiastek wpływa (Aleksandra uznaje pierwiastek pod względem cech, niekoniecznie płci, np. dziadek ma pierwiastek żeński ze względu na utrzymywanie ciepła w domowym ognisku i zapewnienia wyżywienia w domu, siebie samej zaś ciężko jej sklasyfikować, choć czuje się dziewczynką, to wygląda jak chłopiec, psoci "jak chłopiec").


"Szklanka na pająki" nie jest opasłą księgą, jednak zapewnia czytelnikowi wiele wrażeń, refleksji. Jest jak ogromna paleta, z której można wybierać dla siebie najodpowiedniejsze kolory.


Dziękuje Michałowi za pożyczenie lektury i chciałbym w rewanżu serdecznie go pozdrowić a czytelników zachęcić do obejrzenia jego fun page.



czwartek, 8 marca 2012

cała prawda o brukowcach...




Shit! Rok w brukowcu, Joanna Żebrowska

Co to znaczy „w sposób kreatywny traktować rzeczywistość”? Jak wygląda praca w tabloidach? W końcu, jak wygląda „od kuchni” proces wydawania artykułów w brukowcu? 

Czytelnicy nie tylko dostaną odpowiedź w książce Joanny Żebrowskiej, ale wejdą w ten komiczny świat dzięki bohaterce, młodej freelancerce, absolwentce  dziennikarstwa, którą los rzucił w objęcia „Hitu”, gazety kreującą wspomnianą rzeczywistość. Jej zadaniem będzie przetrwać w tym irracjonalnym świecie. W dodatku trzeba jej będzie się odnaleźć w życiu prywatnym, który również funduje jej niespodzianki.

Autorka przyznaje, że książka powstała na podstawie jej własnych doświadczeń. Odkrywa prawdziwe oblicze pracy dziennikarzy brukowych pism. Tym samym skłania do refleksji nad autentycznością serwowanych nam, czytelnikom, informacji. Przykładem może być „Światowy Dzień Szczytowania Seksualnego”, który został wyssany z palca. Bo nie ważne są „prawdziwe informacje”. Ważne są rubryki, czytelnicy (koniecznie niż społeczny, najlepiej tacy, którzy mają kundle, dachowce, ubierają się w lumpeksach, nie przywiązują wagi do pięknych słów, szukają tekstów ze zdjęciami, które urozmaicą im czas między nie atrakcyjną pracą a gotowaniem grochówki na tydzień). Taki człowiek, według dziennikarzy, zadowoli się ochłapem, czymś, co na chwilę oderwie go od rzeczywistości. Nie ważne, na ile będzie to informacja prawdziwa, a na ile nie. Niech będzie hitem. To wystarczy.
Książka Joanny Żebrowskiej przede wszystkim bawi. Jest naszpikowana rewelacyjnym humorem, który jest największą jej zaletą. Przypomina Dziennik Bridget Jones J.H. Fielding i Merde! Rok w Paryżu S. Clarke’a. 
Autorka przedstawia świat Edyty, głównej bohaterki w sposób dynamiczny, wciągający.
Warto sięgnąć po tą pozycję, choćby po to, by umilić sobie czas i móc się pośmiać z prób (często udanych) „wykreowania rzeczywistości” i sprzedania ich we wspomnianym tabloidzie.

 Moja ocena: 4/6

Egzemplarz recenzencki dostałam od autorki przez pośrednictwo portalu CzytaNieSzkodzi, za co serdecznie dziękuję.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Emigracja do Krainy Fantazji

 
Panna Wina, Witold Horwath

Książka Witolda Horwatha, polskiego autora m.in. Świętych wilków, Seansu, Ptakona oraz scenarzysta lub współscenarzysta Ostatniej misji, Nie ma zmiłuj czy seriali telewizyjnych takich jak Klan czy Na wspólnej, Ekstradycja i Wydział zabójstw, jest opatrzona trafnym mottem:

Ja jestem rana
Ty jesteś ból
– Rafał Wojaczek

Oraz dedykacją od autora:

Winowajczyniom bez sędziów i sędziom bez winowajczyń, którym przyszło za chlebem spełnienia emigrować do Krainy Fantazji, powieść tę daję na drogę.

Dedykacje te przytaczam, ponieważ nad sensem długo się głowiłam. Lubię, gdy po przeczytaniu książki, można sięgnąć znów do pierwszych stronic i ujawniają się ukryte dna, jak małe zagadki, które tylko czekają, aż po spełnieniu najważniejszego z wymogów – przeczytaniu całości – objawiają swą tajemnicę.
Lektura Panny Winy zaspokoiła moją chęć odkrywania tajemnic i rozszyfrowania zagadek. Czuję, że podarowano mi kilka godzin przyjemności, jaką było zagłębianie się w Krainę Fantazji.

Witold Horwath potrafi fantastycznie władać językiem pisanym. Dzięki temu, mogłam sobie wyobrazić zakątek Ameryki Środkowej, główną bohaterkę – Pannę Winę i jej sędziego – Pana Prawo… Opowieść o dziewczynie, która trafia do aresztu za swoje przewinienia. Zasłużona kara zmienia jej dalsze życie, a surowy sędzia staje się duchowym mentorem.

Ciekawy jest też sposób prezentacji historii Laury, tytułowej Panny Winy: kreowana jest przez dwoje ludzi, którzy spotkali się w wirtualnej przestrzeni – na czacie internetowym. Snują swoją opowieść, ale pozwalają sobie na przerywniki, które w ciekawy sposób stają się komentarzem do akcji.
Z początku historia wydaje się być pisana ręką samego Marqueza, zwłaszcza opisy Środkowej Ameryki, wyspy Santa Inez, wojny domowej… Ale dość szybko autor porzuca ten styl i jakby daje pióro samej Laurze, niepokornej i bezczelnej, a przy tym pełnej uroku głównej bohaterce, mającą ogromnie silną osobowość.
 
Panna Wina podejmuje dwa główne tematy: kary – która wiąże się ze zbrodnią oraz seksualną przyjemnością, jaką owa kara może nieść. Innymi słowy prócz refleksją nad wpływem kary na życie ludzkie skupiamy się nad tajemnicą sadomasochizmu. Nie jest to jednak temat narzucający się, rozwlekły i odpychający jak w wypadku „literatury” harlequinowej. Wręcz przeciwnie, czytelnik czuje, że coś jest na rzeczy, ale skupia się fabule, która wciąga go i nie pozwala odłożyć książki. Podobnie jak z filmem Secretary, o bardzo podobnej tematyce, fascynuje nas ten dziwny świat, w którym nie moglibyśmy się znaleźć za dnia, ale w nocy, pod osłoną powiek…


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Nowy Świat i portalowi Czyta nie szkodzi.



niedziela, 14 listopada 2010

Pewien punkt widzenia...

Katoniela, Ewa Madeyska

Świat przedstawiony w książce autorstwa Ewy Madeyskiej jest przerażający. Jednak wchodzimy w ten świat zafascynowani, być może z nadzieją, że jednak nie będzie tak źle, może jednak karta się odwróci, wszystko będzie dobrze, świat nie będzie taki zły. Ale on nie jest zły. Jest prawdziwy. Brutalnie prawdziwy.
Aniela, główna bohaterka budzi w czytelniku pewną niechęć. Nie lubimy tej leniwej, koślawej dziewuchy. Kontrastujemy ją z dobrą siostrą, która czuje prawdziwe powołanie. Widzimy Anielę oczami zmęczonej matki, obojętnego ojca. Widzimy w końcu ją samą, jej własnymi oczami. I z każdą stronicą, coraz bardziej wkraczamy w jej świat uczuć. Jej poczucie winy, które kierowało nią przez długi czas. Przemyślenia dotyczące Boga i jego wyroków. Dopiero pod koniec lektury zaczynamy rozumieć, co kieruje główną bohaterką.
Czasami bawi, jednak częściej razi nas jej dosadny język, który kłuje w oczy kuchenną łaciną. Prawdopodobnie po to, by mocniej zaakcentować dualizm świata przedstawionego przez Madeyską. Stylem, chwilami przypomina Masłowską.
Co ciekawe, sama autorka, ma się wrażenie, odcina od tego świata, który wykreowała. Na okładce książki możemy przeczytać, że pisała ją z powodu gniewu, który chciała „wyjęzyczyć”, gniewu na katolickie błotko, w którym taplają się ludzie, którzy pod pretekstem boskiego miłosierdzia, zadają ból. Przykładem może być Totalny, mąż Anieli, który ze słowem bożym na ustach gwałci umysł żony. Zresztą, nie tylko umysł.
W niektórych wywiadach, do których dotarłam, Madeyska stara się przekonać, że nikt przed nią tak otwarcie nie krytykował środowiska katolickiego. Być może. Autorka po napisaniu książki, kilku rozmowach w dziennikarzami, szybko wycofała się z pisania. Z jednej strony – szkoda, bo jej język jest pikantny, dosadny, choć rytmiczny, zapadający w pamięć. Z drugiej zaś… cóż jeszcze można tak dosadnie skrytykować ( i przy okazji nie zostać posądzony o pomówienie czy obrażanie)? 

Mam bardzo mieszane odczucia względem tej książki. Czy sięgnę po nią jeszcze raz? Z pewnością. Po co w ogóle po nią sięgnęłam? W poszukiwaniu ludzkich potworów, opisywanych przez polskich współczesnych autorów. Potworów, którzy swoim zachowaniem oddziałują na innych bohaterów destrukcyjnie. Czy znalazłam mój przewodni motyw? Ciągle się zastanawiam…

piątek, 12 marca 2010

Kobiece zapiski



Gabriela Zapolska


Z pamiętników młodej mężatki


Dosłownie chwilę temu skończyłam czytać tę niewielką książeczkę i piszę recenzję zupełnie na gorąco! Książka przezabawna, dowcipna, ale w ten ironiczny sposób typowy dla pierwszej połowy XX w.
Jest to historia kobiety z posagiem, która została wydana za mąż, niestety nieszczęśliwie. Opisuje swoje życie, problemy finansowe, kłopoty ze służbą i niechęcią męża (a również do męża). Gdy czuje, że nie ma dla niej już ratunku, zaczyna myśleć o śmierci, spisuje testament... Nagle wszystko w cudowny sposób się odmienia! Tak więc jest to opowiastka z happy endem. Jednakże, wiemy, że wiele kobiet nie miało takiego szczęścia... Być może dlatego odczytałam tę książkę tak bardzo ironicznie... Zrobiła na mnie silne wrażenie, dlatego bardzo ją polecam.

poniedziałek, 1 lutego 2010

labirynty kobiecej psychiki



Cudzoziemka, Maria Kuncewiczowa

Cudzoziemkę znamy jeszcze ze szkoły. Niestety, ja sięgnęłam po nią dopiero teraz, na studiach. A może właśnie to był dobry moment? Myślę, że teraz, jako młoda mężatka, kobieta u progu dojrzałości - teraz dopiero treść tej lektury do mnie trafia, przesłanie. Lepiej późno niż wcale - i to właśnie jest dewizą tejże książki.
Kuncewiczowa namalowała słowami psychikę kobiety, niezwykle szczegółowo. Główna bohaterka jest zagubiona we wspomnieniach, nieszczęśliwa, czuje, że jej życie było sztuczne, martwe. Tragedia, która ją spotkała - zależy jednak od niej samej, od jej wyborów. Niestety, dopiero na progu śmierci jest w stanie cokolwiek zmienić. Lepiej późno niż wcale...
Kuncewiczowa odkrywa przed nami nas samych - nasze zgorzknienia, żale i tęsknoty - ale nie tylko je przed nami obnaża, ale pokazuje, jak pięknie świat wygląda, gdy odrzucimy negatywne przymioty naszego życia, przestaniemy być cudzoziemcami w naszej własnej przestrzeni i zaczniemy jeszcze raz... Z otwartym umysłem, chłonąc każdą szczęśliwą chwilę.