Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współczesna literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współczesna literatura polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lipca 2018

„Nikt nie widział, nikt nie słyszał...”




W moje ręce trafiła książka pt. Nikt nie widział, nikt nie słyszał...” Małgorzaty Wardy. W chwili sięgania po książkę wiedziałam o niej tyle, co pokazała mi okładka: książka o zaginionym dziecku. 

Jest w tej książce kilka rzeczy, które sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać. Nawet wtedy, gdy zegar wybijał pierwszą w nocy a ja rano musiałam wstawać do pracy. Nie było ze mną kontaktu od pierwszej do ostatniej strony książki. Dawno nie czułam się tak pochłonięta literaturą. 
Miejsce. Autorka jest z Gdyni i to właśnie tam umiejscowiła akcję główną. Częściowo również w Paryżu, ale to gdyńskie okolice opisuje w taki sposób, że jestem w stanie je zidentyfikować, ponieważ to również moje miasto. 
Czas. Mamy do czynienia z licznymi retrospekcjami i przejściami między czasem, miejscem a nawet bohaterami. To nadaje szybki i zwarty rytm akcji. Jak cykający zegar, od którego wiele zależy.
Akcja. Nie lubię opisywać wydarzeń, jakie mają miejsce w książce. Wolę zachęcić czytelnika do książki moimi subiektywnymi wrażeniami, więc spróbuję nie opowiedzieć zbyt wiele, a jednak nakreślić sytuacje. Autorka na początku wspomina, że jej inspiracją była głośna historia dziewczynki, która w wieku dziesięciu lat została porwana i przetrzymywana przez chorego człowieka. Wybudował dla niej pomieszczenie pod piwnicą i sprawował nad nią władzę aż do jej ucieczki, osiem i pół roku później. Kilka miesięcy temu dane mi było obejrzeć film, który wyprodukowano zgodnie z jej wskazówkami. Wstrząsnął mną. W książce Małgorzaty Wardy można odnaleźć ślady tamtej historii. I nie tylko. Porwania z udziałem dzieci zdarzają się znacznie częściej niż przypuszczamy. Cierpi na tym nie tylko ofiara, ale całe otoczenie. Autorka opisuje to cierpienie. I robi to tak, że nie można się od tego obrazu odwrócić.

Biorę udział w akcji #WyPożyczone :)




środa, 21 marca 2018

Cudzoziemnka w raju kobiet

Ma być czysto, Anna Cieplak


Na poniższe pytanie odpowiada autorka, Anna Cieplak w wywiadzie w GW:

O czym jest książka? – Opowiada, jak zmienia się współczesna rodzina, o tym, jak dziś w Polsce żyją nastolatki, jak przebiega dojrzewanie i w jaki sposób ten proces pokrywa się z tym, co się zmienia w technologiach. Jest to opowieść o tym, w jaki sposób istniejemy w świecie, jak młodzi ludzie widzą siebie w rzeczywistości, jak wchodzą w interakcje, a przede wszystkim o tym, jakie w Polsce istnieją nadal olbrzymie nierówności społeczne. W zależności od tego, w jakiej rodzinie się urodzimy, nasze losy mogą się potoczyć zupełnie inaczej niż losy osoby, która urodziła się w innym domu, a przeszła podobne doświadczenie. Moja książka jest więc też rodzajem interwencji. Chciałam zwrócić uwagę, że powinno być inaczej. Chciałam powiedzieć o bohaterkach, które są niezauważone, traktowane w sposób niesprawiedliwy, ale jednak są ważne. To książka o tym, że powinniśmy z większą wrażliwością spoglądać na innych ludzi.


O Annie Cieplak dowiedziałam się przypadkiem, czytając recenzję najnowszej książki (Lata powyżej zera wydanej w 2017 roku) i sformułowania "jeśli pamiętacie żółte słoneczko i okno gadu-gadu, to książka Anny Cieplak zabierze Was w sentymentalną podróż do początku aktualnego wieku". I przepadłam. Bo ja jestem ogromną sentymentalistką. Natychmiast wypożyczyłam książki pani Cieplak (rok młodszej ode mnie!) i pierwszą, którą wydała w 2016 roku i została nagrodzona Nagrodą Conrada i Nagrodą Gombrowicza przeczytałam w jeden wieczór. Nie odwracając wzroku od świata nakreślonego przez autorkę. Świata, którego znałam z bliska. I wspomnień.

Jestem pod ogromnym wrażeniem książki. Autorka empatycznie opisała prawie rok z życia  gimnazjalistek: Julii i Oliwki, które wkraczają w trudny okres dorastania z dwóch różnych perspektyw. Dzieli je status społeczny i spojrzenie instytucjonalne a łączy cała reszta: patchworkowa rodzina, zaburzona samoocena, problemy w szkole i przede wszystkim trudności związane z relacjami - zarówno z płcią przeciwną, jak i pozostałymi - fałszywe koleżanki, dociekający i autorytatywni dorośli. Dziewczyny wpisując się w współczesny świat i korzystają z ich atutów (fejsbuk, snapczat, instagram, selfi itd.) walczą z kompleksami lub podkreślają swoje potrzeby (np. potrzeba przynależności). Pewnego rodzaju pomostem w zrozumieniu nastolatek jest świat Magdy, macochy Julii. Ona też zmaga się z problemami współczesności, takimi jak konsekwencje przynależności do patchworkowej rodziny, niepewność zatrudnienia czy rywalizacja z byłą żoną swojego partnera. 

W kolejce do przeczytania jest następna książka tej samej autorki i jak podejrzewam, wszystkie inne, które Anna Cieplak zamierza napisać i wydać.

Motyw skojarzył mi się z piosenką Katarzyny Nosowskiej, Cudzoziemka w raju kobiet



Recenzja bierze udział w akcji #WyPożyczone

poniedziałek, 27 października 2014

"To nie jest tak, że wszystkie rzeczy się kończą..."

"...Czas płynie i zamyka niektóre bramy (...) zostawia jednak coś na oścież otwartego, co nie daje się przesłonić żadną barwą, nawet czarną. Można utkać sobie jakieś drzwi, jest to zresztą zupełnie proste, ale historia zawsze będzie miękka jak zasłona i przemknie się pod spodem albo przez dziurę."


Szklanka na pająki, Barbara Piórkowska






Kilka lat temu, jeszcze na studiach o Basi Piórkowskiej dowiedziałam się od mojego wykładowcy, Artura. Artur prowadził na moim roku ćwiczenia z pisania, jak to się po amerykańsku nazywa a półprywatnie piliśmy browara w knajpie po udanym Tribute to Wojaczek. I podzieliłam się swoim marzeniem o wydaniu książki - po to w końcu poszłam na polonistykę. I podsunął mi nazwisko swojej koleżanki, która także prowadzi zajęcia twórczego pisania. Jakiś ideał, pomyślałam - młoda, zdolna, ceniona, do której można się zgłosić a pokieruje - tak sobie wyobrażałam Barbarę. Jakiś czas później zrezygnowałam zarówno z marzeń, jak i zajęć. A w księgarniach ukazała się jej książka, do której sięgnęłam dopiero tydzień temu, dzięki uprzejmości kolegi z pracy.


Zapomniane marzenia zostały na nowo odkryte, niczym tytułowe pająki uratowane przed zimą, do szklanki i na wiosnę wypuszczone.


Główną bohaterką jest Aleksandra, postać pierwszoosobowa, pierwszoplanowa i teraźniejsza, ale jak mówi, wie doskonale, że wcześniej, zanim się urodziła, była mężczyzną
"Najpierw byłam mężczyzną. Nazywałam się Wołodymir Switłyczko i miałam ogromne stopy”
a w jej rodzinie to się zdarza. I dlatego maluje, bo w ten sposób zapamiętuje wspomnienia. A maluje i opisuje świat niezwykle metaforycznie, a to, co jest dookoła niej jest niezwykle symboliczne, co wprowadza czytelnika w świat kolejnych znaczeń. Wraz z dorastającą dziewczynką dorastają jej anioły, najwięksi przyjaciele - najbardziej intrygujące stworzenia, tajemnicze choć niesamodzielne.


Autorka sprawnie nawiązuje magiczną więź z czytelnikiem, wprowadza go w świat Południa: Gdańska, korzeni, prowadzi po dzielnicach miasta i historii późnego PRLu, s
zarego blokowiska, dziecięcego postrzegania świata dorosłych, szkole, gdzie nie jest zbyt lubiana, za swoją inność, niewymiarowość, wyobcowanie czy niedopasowanie. Dziewczyna poszukuje własnej tożsamości za pomocą barw, architektury, historii sztuki, własnych refleksji.


Barbara Piórkowska spranie bawi się piórem na granicy poezji i prozy. Stylem, jak to nazywam dziecięco-dorosłym: oniryczno groteskowo abstrakcyjnym. Nie ma tu zniekształceń rzeczywistości tak drastycznych jak u innych abstrakcjonistów, czy oniryzmów, groteska nie razi w oczy, wszystkie składniki są doskonale ze sobą skomponowane, niczym barwy na obrazie bohaterki, która, jak sama siebie opisuje, wiele godzin spędziła szlifując fach. To, co mnie osobiście zachwyciło, to typowy dla młodych pokoleń rys: wspomnienia blokowisk, rodzinnego domu, "kłótni przy kolacji" i opis oparcia pleców o Kościół Mariacki podczas inicjacji. Bez romantyzmu, zbędnych ukwieceń, trzystu stron opisu zachodu słońca. Ale też bez toporności ze stylizacji pełnej wulgarności, rynsztokowej dosadności. Lektura, ma się wrażenie, szuka w człowieku klucza do tożsamości, do odpowiedzi na pytanie kim jesteśmy, jaka jest nasza historia, skąd się wywodzimy i co było wcześniej, jak ważne są nasze teraźniejsze problemy w obliczu całego życia lub życia na przestrzeni tysiąclecia, w końcu jak ważny jest pierwiastek męski bądź żeński, co na ten pierwiastek wpływa (Aleksandra uznaje pierwiastek pod względem cech, niekoniecznie płci, np. dziadek ma pierwiastek żeński ze względu na utrzymywanie ciepła w domowym ognisku i zapewnienia wyżywienia w domu, siebie samej zaś ciężko jej sklasyfikować, choć czuje się dziewczynką, to wygląda jak chłopiec, psoci "jak chłopiec").


"Szklanka na pająki" nie jest opasłą księgą, jednak zapewnia czytelnikowi wiele wrażeń, refleksji. Jest jak ogromna paleta, z której można wybierać dla siebie najodpowiedniejsze kolory.


Dziękuje Michałowi za pożyczenie lektury i chciałbym w rewanżu serdecznie go pozdrowić a czytelników zachęcić do obejrzenia jego fun page.



czwartek, 8 marca 2012

cała prawda o brukowcach...




Shit! Rok w brukowcu, Joanna Żebrowska

Co to znaczy „w sposób kreatywny traktować rzeczywistość”? Jak wygląda praca w tabloidach? W końcu, jak wygląda „od kuchni” proces wydawania artykułów w brukowcu? 

Czytelnicy nie tylko dostaną odpowiedź w książce Joanny Żebrowskiej, ale wejdą w ten komiczny świat dzięki bohaterce, młodej freelancerce, absolwentce  dziennikarstwa, którą los rzucił w objęcia „Hitu”, gazety kreującą wspomnianą rzeczywistość. Jej zadaniem będzie przetrwać w tym irracjonalnym świecie. W dodatku trzeba jej będzie się odnaleźć w życiu prywatnym, który również funduje jej niespodzianki.

Autorka przyznaje, że książka powstała na podstawie jej własnych doświadczeń. Odkrywa prawdziwe oblicze pracy dziennikarzy brukowych pism. Tym samym skłania do refleksji nad autentycznością serwowanych nam, czytelnikom, informacji. Przykładem może być „Światowy Dzień Szczytowania Seksualnego”, który został wyssany z palca. Bo nie ważne są „prawdziwe informacje”. Ważne są rubryki, czytelnicy (koniecznie niż społeczny, najlepiej tacy, którzy mają kundle, dachowce, ubierają się w lumpeksach, nie przywiązują wagi do pięknych słów, szukają tekstów ze zdjęciami, które urozmaicą im czas między nie atrakcyjną pracą a gotowaniem grochówki na tydzień). Taki człowiek, według dziennikarzy, zadowoli się ochłapem, czymś, co na chwilę oderwie go od rzeczywistości. Nie ważne, na ile będzie to informacja prawdziwa, a na ile nie. Niech będzie hitem. To wystarczy.
Książka Joanny Żebrowskiej przede wszystkim bawi. Jest naszpikowana rewelacyjnym humorem, który jest największą jej zaletą. Przypomina Dziennik Bridget Jones J.H. Fielding i Merde! Rok w Paryżu S. Clarke’a. 
Autorka przedstawia świat Edyty, głównej bohaterki w sposób dynamiczny, wciągający.
Warto sięgnąć po tą pozycję, choćby po to, by umilić sobie czas i móc się pośmiać z prób (często udanych) „wykreowania rzeczywistości” i sprzedania ich we wspomnianym tabloidzie.

 Moja ocena: 4/6

Egzemplarz recenzencki dostałam od autorki przez pośrednictwo portalu CzytaNieSzkodzi, za co serdecznie dziękuję.

piątek, 3 lutego 2012

"chciwość przynosi rezultaty. Chciwość wyjaśnia, streszcza i wyraża esencję ducha ewolucji. Chciwość, we wszystkich swych postaciach - życia, pieniądza, miłości, wiedzy - popycha w górę rozwój ludzkości..."




Chciwość jest dobra, Zbigniew Machowski
Wydawnictwo Nowy Świat

Zrobiłam eksperyment. Sięgnęłam po książkę, która należy do nurtu, który omijałam szerokim łukiem. Kryminał polityczny. Na okładce widnieje: Wojna bankierów, wywiadów i zwykłych ludzi”, co mnie wręcz odrzucało oraz „czy Rosja przejmie złoża polskiego gazu”, co sprawiało, że z ironią podnosiłam brew i myślałam sobie, zobaczymy. Z tył okładki rekomendacja Krzysztofa Vargi, za którym też nie szaleję. Eksperyment wydawał się być skazany na porażkę. Ale nie jestem istotą myślącą jednotorowo, więc zaangażowałam się całym swoim czytelniczym sercem.
Książkę pochłonęłam w trzy dni. Z absolutnym zaskoczeniem. Nie było to arcydzieło, oczywiście. Ale nie było to też złe doświadczenie. Mogę szczerze powiedzieć, że od czasu do czasu warto sobie zapełnić umysł takim kryminałem. Sensacyjną opowiastką, która na pierwszy rzut oka wydaje się być nawet realistyczna. Upiornie realistyczna!

Narracja jest niczym oko kamery, śledzące poczynania bohaterów. W ¾ książki jest to wspaniały zabieg, który napędza akcję, przyzwyczaja czytelnika do szybkich i sugestywnych scen. Dzięki retrospekcjom wiemy lub domyślamy się, co się dzieje w psychice poszczególnych bohaterów. To dobry zabieg, po który często sięgał Stephen King, moim zdaniem jeden z mistrzów literatury popularnej.
Machowski nakreślił pewną sytuację, która świetnie sprawdza się w filmach akcji. W książce należy być ciągle na baczności: by nie powiedzieć zbyt wiele, ale też, by nie wyjawić za mało. Osobiście mam wrażenie, że pod koniec książki akcja jest nieco rozmyta, kamera skacze zbyt szybko po obrazach, wyobraźnia nie nadąża, czytelnik siedzi skołowany i zastanawia się czy jest coś z nim nie tak, czy książka za szybkie tempo nadaje?

Jest jednak coś, co wszystko rekompensuje (przede wszystkim nie trafiony tekst reklamujący na okładce książki). Jest to niezwykły humor. Przeróżnego typu. Zarówno sytuacyjny, najprostszy, poprzez inteligentne wkrętki, humor w ustach bohaterów, często, dokładnie taki, jaki uwielbiam: ironiczny lub nawet cyniczny. Niektóre sceny są podszyte czymś, co nie do końca można nazwać humorem, ale wiadomo, że coś jest na rzeczy.
Ten humor właśnie sprawiał, że czytałam z coraz większym zaangażowaniem. I właśnie on sprawia, że daję tej książce wyższą ocenę. Historia opowiedziana przez Machowskiego bez tego „czegoś” (humoru) byłaby oklepaną opowiastką mającą na celu zaniepokoić opinię publiczną. Na szczęście to „coś” uratowało zarówno fabułę, jak i bohaterów, którzy są zagadkowi od początku do końca.  

Sporo napisałam o konstrukcji, własnej opinii a nie napisałam o czym właściwie Chciwość jest dobra jest. Tytułu nie rozszyfruję, wspomnę tylko, że w książce znajdziemy odpowiedź, skąd taki tytuł wpadł do głowy autorowi.
Czytelnik wpada w świat niewiele odbiegający od rzeczywistości: kryzys światowy: finansowy, gospodarzy, problemy związane z gazem we Wschodniej Europie, groźba zakręcenia kurków przez Rosję, ogólny niepokój. Jednak za wszystkim ktoś stoi. Agenci kierowani przez rosyjskie tajne służby. Brzmi groźnie. A robi się jeszcze groźniej. Okazuje się, że Rosja jest zagrożona. Niezmierzone zasoby gazu odkryte w Polsce mogą uniezależnić ją a także inne kraje od Moskwy. Odciąż Rosji główne źródło dochodów, pozbawić ją wpływów politycznych. Rosji grozi bankructwo. Elita finansowo-polityczna szybko reaguje. Zostaje wprowadzony plan, który z początku idzie gładko… Jednak nie doceniają specjalistów informatycznych i ich zaangażowania. Wszystko się komplikuje. Akcja przyspiesza, oko „kamery” rejestruje szczegóły, które w późniejszym czasie okazują się bardzo ważne…

Polecam tą książkę przede wszystkim ludziom, którzy lubią się śmiać przy rzeczach poważnych. Lub mniej poważnych. Ludziom, którzy lubią sobie powyobrażać: co będzie dalej, jak jest teraz, czy coś się zmieni. Oraz tym, którzy cenią sobie humor.

Moja ocena: 4/6

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.
Zapraszam również do księgarni poczytajka.pl

czwartek, 19 stycznia 2012

(nie)grzeszna Joanna

Joanna Marat, Grzechy Joanny
Wydawnictwo Replika

Kim jest Joanna? Mediewistką, niedoszłą doktorantką, kobietą w wieku nieokreślonym, około czterdziestoletnią. W okropnych rogowych okularach, szczupłą o krągłych piersiach, jej włosy wpadają w szlachetny odcień miedzi. Całość dopełnia nie odkryta historia rodzinna, którą Joanna z premedytacją pomija, zajmując się historią średniowieczną, bezpieczniejszą, bo odległą. Pełna jest tęsknot, lecz nie potrafi ich sprecyzować. Joanna H. chciałaby by ktoś się nią zainteresował. Najlepiej by był to ktoś taki, kto jest daleko, ale na tyle blisko, by mogła poczuć jego obecność w swoim życiu. Blisko i daleko. Taką relację można znaleźć w Internecie. Główna bohaterka książki Joanny Marat właśnie tam znajduje kogoś takiego. Swojego Niujorkera. A raczej nie swojego, bo jak ktoś może być jej, kto jest osiem godzin lotu od niej. Ale kto pisze do niej maile, kiedy tylko może. Ale ona długo czekała na kogoś takiego:
„Znalazła go. Ten mężczyzna brzmi ciekawiej, a w każdym razie inaczej niż całe stado buraków cuchnących potem lub tanią wodą po goleniu, albo po prostu wódką. To może być ON. Ktoś, dla kogo można by oszaleć. A jeśli nie oszaleć, to przynajmniej poudawać, że jest się kimś innym.”
Tym kimś jest Xawery Stadnicki, mężczyzna w wieku zbliżonym do jej ojca. Nawet wygląda podobnie jak on. I podobnie jak ojciec prowadzi ją za rękę po jej ciele, jej potrzebach. I zupełnie nie jak ojciec – pożąda jej. Joanna nie wie, kiedy i jak zaczyna gubić się w swoich pragnieniach, a kiedy spełnia pragnienia internetowego przyjaciela.

Równolegle do romansu dziewczyny poznajemy mętną historię jej rodziny. Jest to historia smutna, szara, bez żadnych perspektyw na przyszłość. Jak wiele rodzin. Oszalała matka – paranoiczka, nie żyjący ojciec, rodzina – nie rodzina, która zbyt wiele uwagi poświęca życiu innych osób niż własnemu. Szara breja, z którą Joanna nie chce i nie mierzy się od lat, zamykając się w ciasnej kawalerce pełnej karaluchów. Ze swoim komputerem. Z internetowym przyjacielem.

„Ich związek to modelowa relacja ery cyfrowej. Kontakt z kimś interesującym, ale bez żadnych zobowiązań, bez traumy dzielenia łazienki i innych rzeczy. W każdej chwili można się rozłączyć, a potem połączyć na nowo, gdy się ma ochotę. Zero wysiłku. Można się tak łączyć i rozłączać kilkanaście razy dziennie. Bez żadnych konsekwencji. Można też zniknąć na wiele tygodni i nie dawać żadnego znaku życia. I nie wiadomo, gdzie kogoś takiego szukać. Czy żyje.”

Po wielu miesiącach pisania do siebie, mailowania, przychodzi czas na spotkanie. W Dreźnie. Joanna rusza, mimo wewnętrznych sprzeciwów, ale z wewnętrznymi pragnieniami. Pierwsza noc kończy się pakowaniem walizki Joanny i chęcią ucieczki. Jednak wydarzenia poranne zatrzymują ją a ich „seks-turystyczny” z Drezna przenosi się do mieszkania Joanny na osiedlu Za Żelazną Bramą. Kobieta poddaje się mężczyźnie, ulega mu, zmienia się dla niego. Po dziesięciu dniach on ją opuszcza, zostawiając kartkę. Pomylił się. Nie będą razem.

Joanna bardzo przeżywa tą znajomość. Cierpi. Czytelnicy razem z nią przechodzą przez wszystkie etapy rozstania. Wspólnie dochodzą do wniosku (zarówno czytelnicy, jak i sama bohaterka), że wszystko było bez sensu. Bez żadnej przyszłości. Joanna dochodzi do wniosku, że:
„Nic ich nie łączy. A poza tym to ona wszystkiemu jest winna. Bo ciągle psuła nastrój. Przecież jest mistrzynią w psuciu nastroju. Zawsze coś takiego zrobi lub powie, że nastrój siada. To coś między nimi, co było od pierwszej chwili. Od jego pierwszego maila, w którym poinformował ją, że jest o osiem godzin lotu stąd. Więc to jej wina, to ona wszystko zaprzepaściła. Bo się odzywała nie w porę i mówiła nie to, co trzeba. I ciągle ktoś im przeszkadzał.”

A przeszkadzały jej niby-najbliższe osoby. Szwagierka matki, kobieta bardzo religijna. Bardzo wtykająca nos w nie swoje sprawy. Były kochanek, maminsynek, który mimo wieku wciąż był pod jej wpływem i nie potrafił się wyzwolić, jedynie w łazience, podczas zaspokojeniu popędów seksualnych. Dość często. Z braku kobiety. Widmo matki-wariatki. Ta ostatnia jest ciekawą personą, która w końcu ze strachu przed nie pamięcią, przed ostatecznym zabraniu wspomnień przez tajemniczych „ich” spisuje wszystko i wręcza córce. Razem ze wszystkimi pamiątkami. Joanna pierwszy raz od wielu lat czule przyjmuje matkę u siebie, kładzie do swojego łóżka, zaczyna się wgłębiać w historię rodzinną. Niby przypadkiem zerka w stronę komputera. Tam czeka na nią Niujorker. Czy wszystko będzie dobrze?

„Grzechy Joanny” to nie trafiony tytuł, moim zdaniem. Joanna nie jest grzeszna. Jest zamknięta w sobie, powoli wychodzi ze swojej skorupki. Z naleciałości, nieśmiałości i niezaspokojonej ambicji.
Książka Joanny Marat drażni. Przede wszystkim dlatego, że możemy się przyjrzeć własnym lękom. Lęk przed samotnością, przed zmarnowaniem sobie życia, uciekaniem przed nim. W końcu lęk przed szaleństwem.
Autorka zachwyca (i również drażni) swoim językiem, stylem. Krótkie, niemal urywane zdania. Nie wiadomo kiedy zaczyna się myśl, a kiedy opis zdarzenia. Ale czytelnik dość szybko przyzwyczaja się do tego typu narracji i wciąga jeszcze bardziej. To, co z początku oceniłam negatywnie, w dalszej lekturze przemawia na plus.

Ogólnie oceniam lekturę na trzy z plusem. Świat, jaki przedstawia autorka jest niezwykle bezbarwny, nie dający nadziei na poprawę. Taki nastrój utrzymuje się jeszcze kilka godzin po przeczytaniu lektury. Otwarte zakończenie wcale nie oznacza kontynuowania znajomości, raczej prowadzenia dalszego ciągu gry, w której Joanna się męczy. Jedynie dezynsekcja karaluchów wydaje się jakąś poprawą sytuacji dziewczyny.

Alicja Liddell
3,5/5

Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki wydawnictwu Replika i portalowi Sztukater.pl, dziękuję!

niedziela, 20 listopada 2011

"My sami, w odbiciu, widziani oczyma innych"




Jakub Małecki, W odbiciu

My, ludzie, mamy skłonności do osadzenia w ramy wszystkiego, co wpadnie nam w ręce. Staramy się dopasować definicję do zjawiska; usystematyzować każdy okruch, znaleźć jego przynależność, opisać i opatrzyć stemplem. Włożyć do pudełka z odpowiednią etykietą.
Zdziwią się czytelnicy W odbiciu, którzy zapragną przyporządkować je do konkretnego gatunku. Jest to zresztą zupełnie niepotrzebne. Nie wszystko trzeba szufladkować, nazywać czy określać.
Mimo to Wydawnictwo Powergraph taką próbę podejmuje i określa najnowszą książkę Jakuba Małeckiego jako mieszankę powieści obyczajowej, groteski i realizmu magicznego. Jego samego opisuje jako jednego z najzdolniejszych młodych pisarzy.

Na kartach książki poznajemy młodego mężczyznę, który wydaje się być interesującym człowiekiem, ale trochę zagubionym i trochę bez celu. Sam o sobie trafnie mówi,
skonstruowany jestem w taki sposób, że robię głupoty, jak tylko zdarzy się okazja”.

Poznajemy również jego żonę, która pewna zdrady swojego męża (a które okazuje się być czymś zupełnie innym) pozwala na sprofanowanie swojego ciała.
W końcu poznajemy Pielgrzyma, który z pijaczka, który uległ chorobie alkoholowej płacąc za nią szczęściem rodzinnym. A w wyniku pewnych wydarzeń widzi siebie jako profetę.
Cała trójka jest ze sobą powiązana. My, czytelnicy możemy spojrzeć oczami każdego z bohaterów na drugą postać. Mamy okazję przyjrzeć się im z innej perspektywy, niż ta, którą znamy od pierwszych czytanek.

W książce najbardziej podoba mi się styl autora. Nakreślenie postaci, dialogi, autentyczność, z jaką bohater zapala papierosa, gdy siedzi przed komputerem, nawet gdy emocjonalnie wyżywa się na sobie wyobrażając sobie swoją żonę, gdy ta go zdradziła.

Książka Małeckiego została wydana przez wydawnictwo Powergraph w serii Kontrapunkty. Wydawnictwo określa tą serię: „to polska proza wymykająca się ze schematów uciekająca z szufladek. Łączy walory literackie z niekonwencjonalnymi fabułami. Kontrapunkty tworzą przestrzeń do mówienia o rzeczach ważnych, oczarowując czytelnika piękną frazą i niejednoznacznością interpretacji.”

Tak jak mogę z całą pewnością zgodzić się co do „niejednoznacznością interpretacji”, mam pewne obawy przed przyznaniem, że „oczarowuje piękną frazą”. Na przykładzie W odbiciu fraza z pewnością jest interesująca, ale „piękna” w konfrontacji z „literaturą piękną” już nie oznacza tego samego. Nie dopatrzymy się kwiecistych porównań, zachwycających metafor czy zdumiewających swoim kunsztem dialogów bądź opisów. Znajdziemy za to język codzienny, znany nam dobrze z własnych ust i ust przyjaciół. Ale czy jest to jej „minusem”? Z całą pewnością nie. Całość tworzy pewien styl, jakim charakteryzuje się proza Jakuba Małeckiego. I ten styl właśnie sprawia, że z chęcią sięgnę po jego książki. I nie tylko do jego książek, ale również do tych z wyżej wymienionej serii, ponieważ w końcu mam pewność, że ktoś, kto opracowuje serię i pisze krótkie notatki z tyłu książki (swoją drogą oprawa graficzna jest bardzo nastrojowa, w pełni zadowala czytelnika, a twarda oprawa dodaje prestiżu) czytał książkę i wie doskonale, jakie tematy dotyka (zdarzało mi się czytać opis książki na okładce, który nijak miał się do treści). Reasumując, czas lektury był czasem dobrze spożytkowanym!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Powergraph oraz portalowi Czytanieszkodzi.pl

Moja ocena: 6/6

niedziela, 14 sierpnia 2011

Emigracja do Krainy Fantazji

 
Panna Wina, Witold Horwath

Książka Witolda Horwatha, polskiego autora m.in. Świętych wilków, Seansu, Ptakona oraz scenarzysta lub współscenarzysta Ostatniej misji, Nie ma zmiłuj czy seriali telewizyjnych takich jak Klan czy Na wspólnej, Ekstradycja i Wydział zabójstw, jest opatrzona trafnym mottem:

Ja jestem rana
Ty jesteś ból
– Rafał Wojaczek

Oraz dedykacją od autora:

Winowajczyniom bez sędziów i sędziom bez winowajczyń, którym przyszło za chlebem spełnienia emigrować do Krainy Fantazji, powieść tę daję na drogę.

Dedykacje te przytaczam, ponieważ nad sensem długo się głowiłam. Lubię, gdy po przeczytaniu książki, można sięgnąć znów do pierwszych stronic i ujawniają się ukryte dna, jak małe zagadki, które tylko czekają, aż po spełnieniu najważniejszego z wymogów – przeczytaniu całości – objawiają swą tajemnicę.
Lektura Panny Winy zaspokoiła moją chęć odkrywania tajemnic i rozszyfrowania zagadek. Czuję, że podarowano mi kilka godzin przyjemności, jaką było zagłębianie się w Krainę Fantazji.

Witold Horwath potrafi fantastycznie władać językiem pisanym. Dzięki temu, mogłam sobie wyobrazić zakątek Ameryki Środkowej, główną bohaterkę – Pannę Winę i jej sędziego – Pana Prawo… Opowieść o dziewczynie, która trafia do aresztu za swoje przewinienia. Zasłużona kara zmienia jej dalsze życie, a surowy sędzia staje się duchowym mentorem.

Ciekawy jest też sposób prezentacji historii Laury, tytułowej Panny Winy: kreowana jest przez dwoje ludzi, którzy spotkali się w wirtualnej przestrzeni – na czacie internetowym. Snują swoją opowieść, ale pozwalają sobie na przerywniki, które w ciekawy sposób stają się komentarzem do akcji.
Z początku historia wydaje się być pisana ręką samego Marqueza, zwłaszcza opisy Środkowej Ameryki, wyspy Santa Inez, wojny domowej… Ale dość szybko autor porzuca ten styl i jakby daje pióro samej Laurze, niepokornej i bezczelnej, a przy tym pełnej uroku głównej bohaterce, mającą ogromnie silną osobowość.
 
Panna Wina podejmuje dwa główne tematy: kary – która wiąże się ze zbrodnią oraz seksualną przyjemnością, jaką owa kara może nieść. Innymi słowy prócz refleksją nad wpływem kary na życie ludzkie skupiamy się nad tajemnicą sadomasochizmu. Nie jest to jednak temat narzucający się, rozwlekły i odpychający jak w wypadku „literatury” harlequinowej. Wręcz przeciwnie, czytelnik czuje, że coś jest na rzeczy, ale skupia się fabule, która wciąga go i nie pozwala odłożyć książki. Podobnie jak z filmem Secretary, o bardzo podobnej tematyce, fascynuje nas ten dziwny świat, w którym nie moglibyśmy się znaleźć za dnia, ale w nocy, pod osłoną powiek…


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Nowy Świat i portalowi Czyta nie szkodzi.



niedziela, 10 lipca 2011

Nasza klasa


Nasza klasa, historia w XIV lekcjach, Tadeusz Słobodzianek

Gdy pytam znajomych (nie studiujących ze mną polonistyki) o Naszą klasę, pytają czy chodzi mi o portal społecznościowy. Na moją odpowiedź: że chodzi mi o dramat, który w zeszłym roku dostał Nagrodę Nike, zazwyczaj odpowiadają, że nie wiedzieli, nie słyszeli i nie interesowali się. I wcale im się nie dziwię.

Dramaty ogólnie rzecz biorąc nie cieszą się zbyt wielką popularnością wśród Polaków. Do tego należy dodać tematykę żydowską i mamy zawężone grono czytelników.

Sięgnęłam po raz pierwszy po tę książkę i po zapoznaniu się z pierwszymi stronami, odłożyłam ją. Polacy, Żydzi, Jedwabne. Odłożyłam. Nie chciałam jej czytać.

Przeczytałam. Ponad rok po premierze. Z pełną świadomością, co tam znajdę.
Wydawałoby się, że o Jedwabnym powiedziano wszystko. Słobodzianek jednak odnalazł dla siebie dziurę, przez którą mógł wyjrzeć do czytelników. Zastanawia mnie, co bardziej go do owej dziury szukania skłoniło: ewentualny sukces finansowy? Nagroda, którą zresztą zdobył? Kolejny raz odgrzewanie pamięci rodaków (i nie tylko, ponieważ premiera Naszej klasy odbyła się w Londynie) niczym sczerniały już kotlet, niestrawny, ale smażony w imię idei i pamięci po Zamordowanych?


Myślę, że nawet przesunięcie ośrodka czytelniczego zainteresowania na wspólnotę oraz jej rozłam, która niewątpliwie jest jednym z ważniejszych motywów w dramacie nie „ratuje tekstu”, ponieważ w dalszym ciągu widzimy obrzydliwe epatowanie przemocą i seksualną dewiacją, którą autor uwypukla na każdym kroku.

Tadeusz Słobodzianek wykoncypował interesującą formę: każda scena została przez niego nazwana lekcją (stąd podtytuł: historia w XIV lekcjach) kończąca się wierszykiem bądź piosenką śpiewaną przez wszystkich uczestników. Na tym innowacyjność Słobodzianka się kończy.
Autor sadza młodych Żydów i Polaków w jednej klasie, opisuje pierwsze rozłamy. Ze wspólnoty, którą tworzyli wyrastają na wrogów.
Dalej już tylko leje się krew, gwałt i mord. A wszystko to znamy z wcześniejszych publikacji nt. Jedwabnego.

środa, 22 czerwca 2011

Książki, które zaskakują


Good night Dżerzi, Janusz Głowacki

Być może nie sięgnęłabym do tej książki, gdyby nie dwa powody: ogromne zainteresowanie Jerzym Kosińskim, które wynika z tematu pracy magisterskiej oraz nagły i niespodziewany przypływ sympatii do pióra Głowackiego. Po przeczytaniu dramatu Kopciuch.

Janusz Głowacki skonstruował swoją powieść w bardzo przemyślany sposób, wplatając wydarzenia z własnego życia, opisując realizację filmu o Jerzym Kosińskim, sny Maszy, wydarzenia, które być może miały miejsce. Nic nie jest jednoznaczne, ale zakreślony jest ogromnie prawdopodobny obraz, urozmaicony licznymi retrospekcjami.

Kosiński jest postacią niejednoznaczną. Ameryka przyjęła go z otwartymi ramionami a on próbując się utrzymać na jej fali, tak, by sprostać jej oczekiwaniom, zatracał siebie. Po przeczytaniu Good night Dżerzi  zadaję sobie pytanie: czy Dżerzi w ogóle zdawał sobie sprawę z jakiegoś swojego ja? Czy tak zatracił się we własnej kreacji, że nic już nie było prawdziwe? W końcu, czy jego samobójcza śmierć nie była tylko kolejnym występem? Wydawać by się mogło, że w ten sposób chciał pokazać ludziom, którzy go skompromitowali (albo raczej: ujawnili jego własną kompromitację, wszystkie kłamstwa, jakimi karmił swoich czytelników, po to tylko by się utrzymać na wspomnianej fali) ich własną winę. Czy zrobił to z powodu nagłego spadku z piedestału (z maskotki Ameryki stał się nędznym plagiatorem, kłamcą i mitomanem, który za wszelką cenę chce zwrócić na siebie uwagę, nawet "srając na własne gniazdo"), czy może czuł, że jego życie przestaje mieć sens: blaknie niczym zatracająca się pamięć, jego największa zmora).

W bestsellerze Głowackiego mamy też inne ciekawe osoby: Masze i jej męża, Klausa Wernera. Masza jest postacią pewnej siebie Rosjanki, która przy Dżerzim staje się bezwolną istotą, zupełnie poddaną artyście. Podobnie jak jej mąż, który poniża się przed Jerzym prosząc go o zostawienie w spokoju Maszy. Zamiast, jak normalny facet, dać w pysk mężczyźnie, który prowadzi jego kobietę do klubów sadomaso, wykorzystuje i zniewala. Nie, Klaus łagodnie prosi. Łagodnie proponuje siebie w zamian za Masze. I równie łagodnie zostaje ignorowany.

Dotarłszy do końca powieści powstaje w mojej głowie pytanie: cóż jest gorsze, kto zasługuje na miano większego skurwiela: Dżerzi, który okłamywał, motał swoją ofiarę po to, by przekroczyć zarówno własne jak i cudze granice (za mimowolną zgodą samej zainteresowanej) czy odtrącony mąż, który w ataku zazdrości zgwałcił swoją żonę, robiąc z niej kalekę do końca życia?

Powieść Janusza Głowackiego nie jest oceną żadnego z bohaterów. Czytelnik sam musi uporać się z refleksjami. I dobrze, bo na tym właśnie polega przyjemność czytania.

poniedziałek, 28 lutego 2011



Kinga Dunin, Tabu, Obciach

Obie książki zostały wydane pod koniec lat 90. Prawdopodobnie w tym czasie obie przeczytałam, bo poszczególne sceny były mi znane. Jednak teraz, jako bardziej świadoma czytelniczka, podeszłam do nich bez nastoletniej fascynacji. Za to odkryłam, jak wiele w moim światopoglądzie zaszło zmian.
Tabu jest pierwszą częścią, w której poznajemy rodzinę Szumskich, szczególnie psychikę starszego dziecka – Marty. W tej części skupiamy się na rodzącym uczuciu Marty do kuzyna i konsekwencji tego uczucia. Poboczne wątki są okazją do przemycenia ideologii, poglądów prawdopodobnie samej autorki. Karzą one zastanowić się nad tematem religii, szczególnie tej na co dzień, stawiającej pytania aktualne: komunia chłopca, niepraktykujący rodzice, katolicka reszta rodziny, ich intelektualne boje o słuszność sprawy. Szczególnie trudne, gdy cała prawda Marty i Marka, kuzyna, wychodzi na jaw.
Druga część, w której również występuje rodzina Szumskich, jest bardziej rozproszona, jakby autorka chciała na raz za dużo tematów poruszyć. Odtrącenie miłości, wizja homoseksualizmu Marty, niespełnione uczucie kolegi Marty do niej samej, imprezy, alkohol, czerwona sukienka, przyjaciółka feministka, która pragnie zwojować świat, który wcale tego nie potrzebuje, zdrada ojca, wreszcie gwałt i straszliwa kara… Wszystko to, w stylu Dunin, owiane filozoficznym kadzidłem. Jedyne co mnie zaskoczyło w drugiej części to nagła śmierć. Nie spodziewałam się, że ta książka, i to na ostatnich stronach, nabierze takiego charakteru, takiej rysy.
Dzięki mottom, poprzedzającym każdy rozdział, które zaczerpnięte były z Muminków oraz Świetlickiego, zaczęłam się zastanawiać nad mityczną matką. Ze wszystkich poruszanych problemów w części drugiej, ta jedna najbardziej zapadła mi w pamięć. Każdy z nas potrzebuje ciepła i troski mitycznej matki, którą tutaj nazywa się Mamą Muminków. Taką, która każdą burzę rozgromi, która na nieszczęście i smutki – naleśniki przygotuje. Lecz, wg. Est, przyjaciółki – feministki Marty – wszyscy pragniemy mityczną matkę, lecz która z nas chciałaby wejść w jej rolę? Przecież ktoś musi usmażyć stos naleśników… Dlatego może, w naszym realnym życiu, takich matek nie ma. O czym doskonale mówi Alice Miller w książce Bunt ciała. Rozprawia się w niej ze stereotypami mitycznej matki, co świetnie koresponduje z książką Kingi Dunin.
Polecam obie części nastolatkom, które przewartościowują wszystkie swoje poglądy. A także rodzicom, by trochę przybliżyć (przypomnieć?) im świat młodości. Szczególnie z tym, co nie uniknione, co tylko można złagodzić. Zapewne za pomocą naleśników. I rozmowy.

środa, 9 lutego 2011

Rodzinne piekło



 Gnój, Wojciech Kuczok

Wiedziałam, z czym się zmierzę, sięgając po książkę Wojciecha Kuczoka. Widziałam wcześniej film Pręgi, którego fragmenty zaczerpnięte są właśnie z Gnoju. Jednak – ku mojemu zaskoczeniu – książka różni się od filmu naciskiem akcentu na poszczególne wątki.
 W filmie zaakcentowane jest maltretowanie dziecka i wpływ tego „wychowania” na późniejsze życie. W książce autor serwuje nam historię domu (Przedtem), którego potomek rodziny K. nienawidzi z powodu ojca i jego metod wychowawczych (Wtedy), zaś na końcu dom i rodzinę K. pochłaniają gruzy (Potem) niczym piekło za grzechy.
W fabułę zręcznie są zaplątane sentencje, które warto przemyśleć, choćby ta, traktująca o wizji piekła, jaką snuje matka chłopca:

W piekle na powitanie pokazują ci wszystkie twoje niewykorzystane szanse, pokazują, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś we właściwym czasie wybrał właściwe wyjście. A potem pokazują ci wszystkie te chwile szczęścia, które straciłeś śpiąc, wiesz, że my przesypiamy połowę życia? I tym wszystkim śpiochom takim jak ty pokazuje się w piekle, co mogli w życiu osiągnąć, gdyby budzili się w porę. A potem? Potem, zostawiają cię samego z twoimi wyrzutami sumienia. Na całą wieczność. Nie ma już nikogo. Tylko ty i twoje wyrzuty sumienia..

Ciekawa to wizja, zważywszy na to, że wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z czynionych błędów. Wielu z nich czyni je dalej przekonani, że robią to w świętej wierze, za pozwoleniem ogółu, według własnych zasad moralnych. Jak na przykład stary K., który za każde przewinienie syna karze go pejczem. I tu nawet nie działa tradycja, autor dobitnie daje do zrozumienia, że ojciec syna zaczął bić pierwszy, nie bity przez własnego przodka.

Gnój jest zapisana interesującym stylem, który swoją dźwięcznością wpada w ucho, rozbudza metaforami, wabi rymami i powtórzeniami. Język Kuczoka jest wyjątkowo sprawny, plastycznie nakreśla sytuacje, pozwala wczuć się w atmosferę domu, naciskając na zaimki niemal fonetycznie.
Jednak nie identyfikujemy się z żadnym bohaterem. Mnie osobiście nawet nie jest specjalnie żal chłopaka. Może żal mi tylko ojca, który miota się w swoim nieszczęśliwym żywocie wyżywając się na synu i żonie. Chociaż żona potrafi zręcznie się bronić, ich bitwy małżeńskie są pełne pasji, prawdopodobnie jedynej w ich życiu.

niedziela, 12 grudnia 2010

Nic, Dawid Bieńkowski

Czasami książki reklamują się w innych książkach. Ja znalazłam pozycję Bieńkowskiego w książce Przemysława Czaplińskiego Polska do wymiany. Wyrobiłam sobie zdanie o tej książce już w trakcie czytania Polskę..., zainteresowała mnie tematyka konsumpcjonizmu i jego wpływ na działania ludzkie. Szczególnie na działanie Polaków, którzy jako nowy rynek dla zachodnich korporacji, otworzył się po upadku komunizmu. Otworzył się i wchłonął z niewiarygodna siłą. 
Bieńkowski pokazuje nam przemiany na przykładzie korporacji związanej z fast foodem, wielka, francuska firma, która wkracza na polski rynek. Poznajemy bohaterów, którzy przechodzą do firmy Positive ("wielka rodzina Positive") i jak bardzo myślenie zachodnie, korporacyjne czyli skierowane głównie na zysk - wyniszcza ich. Wyzwala najgorsze zapędy ludzkie, destrukcję (co widać na przykładzie zachowania Euzebka) i autodestrukcję (alkoholizm ajenta Marka).
Polska na początku lat dziewięćdziesiątych była jak raczkujące dziecko, któremu można pokazać każdy kierunek. Jednak nieco później, widzimy, że jednak nie wszyscy się poddali nowym prądom, są przecież osoby, które zajmowały się zupełnie czym innym...
Poznajemy bohaterów, którzy byli swego czasu wywrotowcami, zajmowali się muzyką, artystycznymi hapeningami, wypracowali sobie swój własny sposób na życie, kulturę, otaczający świat. Są to osoby młode, pełne twórczych działań. Czy są nadzieją? Alternatywą dla świata, w którym rządzi pieniądz i układy?

Książka Dawida Bieńkowskiego nie wzrusza. Nie sprawia, że przestajemy być trybikami w maszynie kapitalizmu. Nie robi z nas anarchistów społecznych, wegetarian czy przeciwników fast foodów. Ale sprawia, że na chwilę zatrzymamy się i przyjrzymy na czym opiera się nasz świat i w jaki sposób na nas oddziałuje. Na chwilę, dosłownie na moment - jesteśmy pełni refleksji, rozumiemy kim jesteśmy w społeczeństwie, jak ważne przemiany się w nas dokonały. I jak bardzo jesteśmy od nich zależni...




wtorek, 7 grudnia 2010

O skrajnościach...



Ewa Ostrowska, Owoc żywota twego
Przedstawiam  kolejną książkę z serii "poszukiwanie przykładów zła/destrukcji". Moje preferencje jednak nie są tendencyjne. Oto natknęłam się na książkę pełną skrajności. 
Poznajemy dziewczynkę, córkę wioskowej latawicy, troszkę przygłupią, zalęknioną, wykorzystywaną przez wszystkich. Na naszych oczach staje się kobietą posiadającą, która dużo znaczy w swoim środowisku. Niestety gdzieś po drodze gubi ona serce na rzecz dóbr materialnych gromadzonych dla swego syna. Tytułowy owoc żywota jest produkt zawiści matczynej, skrajności emocjonalnej, chłopak rozpieszczony, któremu jednak udaje się wyrwać spod skrzydeł obłąkanej matki. Nie rozumiejącej, jak wiele straciła, gromadząc ziemię, inwentarz żywy i stanowisko społeczne. Widzimy jak z kobiety upadłej społecznie rośnie siła zdeterminowana, ale destrukcyjna.
Prócz ogromnej przemiany głównej bohaterki, jesteśmy świadkami przemian społecznych i gospodarczych oraz społecznych. Pod tym względem autorka zaskakuje, ponieważ w pewien sposób waloryzuje ustrój komunistyczny. Nie jest to jawna pochwała, myślę, że nie to miała na myśli Ewa Ostrowska, jednak wyczuwam pewną nutę, ważną dla Polaków z punktu historycznego. Jednocześnie owczy pęd społeczności wiejskiej - ich reakcja na wszelkie postępy. Reakcja najczęściej kierowana zawiścią i ograniczeniem. W tym środowisku jedynie pomiot kacepski, prezes - komunista jest osobą światłą, pomocną, bezinteresowną. Chociaż nawet on, jedyny dobry człowiek, w tej książce, zostaje sam, zdradzony, obśmiany, pomówiony... 

Chciałabym na tę książkę zwrócić uwagę głównie przez pryzmat antropologii - interesuje mnie zachowanie ludzkie w ważnych dla siebie przemianach oraz jak te przemiany (dobre bądź złe, przeważnie złe) wpływają na dalsze życie bohaterów. Książka Owoc żywota twego jest świetnym przykładem funkcjonowania społeczeństwa ograniczonego.

niedziela, 14 listopada 2010

Pewien punkt widzenia...

Katoniela, Ewa Madeyska

Świat przedstawiony w książce autorstwa Ewy Madeyskiej jest przerażający. Jednak wchodzimy w ten świat zafascynowani, być może z nadzieją, że jednak nie będzie tak źle, może jednak karta się odwróci, wszystko będzie dobrze, świat nie będzie taki zły. Ale on nie jest zły. Jest prawdziwy. Brutalnie prawdziwy.
Aniela, główna bohaterka budzi w czytelniku pewną niechęć. Nie lubimy tej leniwej, koślawej dziewuchy. Kontrastujemy ją z dobrą siostrą, która czuje prawdziwe powołanie. Widzimy Anielę oczami zmęczonej matki, obojętnego ojca. Widzimy w końcu ją samą, jej własnymi oczami. I z każdą stronicą, coraz bardziej wkraczamy w jej świat uczuć. Jej poczucie winy, które kierowało nią przez długi czas. Przemyślenia dotyczące Boga i jego wyroków. Dopiero pod koniec lektury zaczynamy rozumieć, co kieruje główną bohaterką.
Czasami bawi, jednak częściej razi nas jej dosadny język, który kłuje w oczy kuchenną łaciną. Prawdopodobnie po to, by mocniej zaakcentować dualizm świata przedstawionego przez Madeyską. Stylem, chwilami przypomina Masłowską.
Co ciekawe, sama autorka, ma się wrażenie, odcina od tego świata, który wykreowała. Na okładce książki możemy przeczytać, że pisała ją z powodu gniewu, który chciała „wyjęzyczyć”, gniewu na katolickie błotko, w którym taplają się ludzie, którzy pod pretekstem boskiego miłosierdzia, zadają ból. Przykładem może być Totalny, mąż Anieli, który ze słowem bożym na ustach gwałci umysł żony. Zresztą, nie tylko umysł.
W niektórych wywiadach, do których dotarłam, Madeyska stara się przekonać, że nikt przed nią tak otwarcie nie krytykował środowiska katolickiego. Być może. Autorka po napisaniu książki, kilku rozmowach w dziennikarzami, szybko wycofała się z pisania. Z jednej strony – szkoda, bo jej język jest pikantny, dosadny, choć rytmiczny, zapadający w pamięć. Z drugiej zaś… cóż jeszcze można tak dosadnie skrytykować ( i przy okazji nie zostać posądzony o pomówienie czy obrażanie)? 

Mam bardzo mieszane odczucia względem tej książki. Czy sięgnę po nią jeszcze raz? Z pewnością. Po co w ogóle po nią sięgnęłam? W poszukiwaniu ludzkich potworów, opisywanych przez polskich współczesnych autorów. Potworów, którzy swoim zachowaniem oddziałują na innych bohaterów destrukcyjnie. Czy znalazłam mój przewodni motyw? Ciągle się zastanawiam…

niedziela, 25 lipca 2010

Kryminalne zagadki...


Erynie, Marek Krajewski

Nie często sięgam po książki kryminalne. Ale któregoś ładnego dnia idąc przez dworzec zobaczyłam półkę z wywieszka: 50% taniej niż w księgarni. Takiej zachęty nie trzeba mi powtarzać, przejrzałam wszystkie książki, wzięłam kilka z nich i zapłaciwszy niewielką kwotę podążyłam przed siebie.

Marek Krajewski musi być człowiekiem niezwykle inteligentnym, który w bardzo sugestywny sposób potrafi przedstawić realia końcówki lat 30' ubiegłego wieku. Idealnie naśladując dialogi Polaków i Żydów, Lwowian. W bezbłędny sposób buduje ramy czasowe, wspaniale opowiada historię człowieka, który zaślepiony zemstą czasami gubi drogę... Lecz nie przypada nam do gustu główny bohater. Rzadko to się w książkach zdarza. Właściwie to prawie nikt nam w niej się nie podoba. Może tylko dzieci żal. To o nie właśnie chodzi. Słynny Komisarz Popielski szuka mordercy dziecka. Gdy dowiadujemy się dla jakich celów to dziecko było potrzebne... a potem jak się wszystko rozsypuje w pył... oto nasza wspaniała, polska ironia. Takie książki są dobre, ale czyta się je tylko raz.

piątek, 12 marca 2010

Kobiece zapiski



Gabriela Zapolska


Z pamiętników młodej mężatki


Dosłownie chwilę temu skończyłam czytać tę niewielką książeczkę i piszę recenzję zupełnie na gorąco! Książka przezabawna, dowcipna, ale w ten ironiczny sposób typowy dla pierwszej połowy XX w.
Jest to historia kobiety z posagiem, która została wydana za mąż, niestety nieszczęśliwie. Opisuje swoje życie, problemy finansowe, kłopoty ze służbą i niechęcią męża (a również do męża). Gdy czuje, że nie ma dla niej już ratunku, zaczyna myśleć o śmierci, spisuje testament... Nagle wszystko w cudowny sposób się odmienia! Tak więc jest to opowiastka z happy endem. Jednakże, wiemy, że wiele kobiet nie miało takiego szczęścia... Być może dlatego odczytałam tę książkę tak bardzo ironicznie... Zrobiła na mnie silne wrażenie, dlatego bardzo ją polecam.

poniedziałek, 1 lutego 2010

labirynty kobiecej psychiki



Cudzoziemka, Maria Kuncewiczowa

Cudzoziemkę znamy jeszcze ze szkoły. Niestety, ja sięgnęłam po nią dopiero teraz, na studiach. A może właśnie to był dobry moment? Myślę, że teraz, jako młoda mężatka, kobieta u progu dojrzałości - teraz dopiero treść tej lektury do mnie trafia, przesłanie. Lepiej późno niż wcale - i to właśnie jest dewizą tejże książki.
Kuncewiczowa namalowała słowami psychikę kobiety, niezwykle szczegółowo. Główna bohaterka jest zagubiona we wspomnieniach, nieszczęśliwa, czuje, że jej życie było sztuczne, martwe. Tragedia, która ją spotkała - zależy jednak od niej samej, od jej wyborów. Niestety, dopiero na progu śmierci jest w stanie cokolwiek zmienić. Lepiej późno niż wcale...
Kuncewiczowa odkrywa przed nami nas samych - nasze zgorzknienia, żale i tęsknoty - ale nie tylko je przed nami obnaża, ale pokazuje, jak pięknie świat wygląda, gdy odrzucimy negatywne przymioty naszego życia, przestaniemy być cudzoziemcami w naszej własnej przestrzeni i zaczniemy jeszcze raz... Z otwartym umysłem, chłonąc każdą szczęśliwą chwilę.

czwartek, 28 stycznia 2010

Emocje w kilku opowiadaniach




Sceny z życia za ścianą, J. L. Wiśniewski

Gdy w Empiku zobaczyłam tę książkę, bez zastanowienia ją wzięłam. Można powiedzieć, że "poleciałam" na nazwisko i szczerze mówiąc wcale się nie zawiodłam - już wcześniej spotkałam się z miniaturami Wiśniewskiego - zastanawiam się, skąd on zawsze wie - w którym momencie ładnie skończyć opowiastkę? Jak pięknie potrafi pobudzić człowieka do refleksji. Szkoda tylko, że jego książki czyta się tak szybko - zaledwie godzinę, półtorej - tak mało czasu mam na delektowaniem się...
Z tejże książki jednak, świat wydaje się smutnym miejscem. Rodzina zwykle rozbita, można zaryzykować stwierdzenie - z góry już określona jako przegrana. Bez nadziei. Czy na prawdę tak wyglądamy? Nie ma już w nas uczucia, niezmiennego - nie ugiętego przez czas, inne kobiety, urodę?
Emocje od zawsze najbardziej mnie interesują w powieściach czy jak tutaj - miniaturach prozatorskich. Może dlatego właśnie bez wahania wybrałam J. L. Wiśniewskiego? To już jego czwarta lub piąta książka, która znalazła swoje miejsce na moim regale.

czwartek, 21 stycznia 2010

W kręgu okultyzmu...


E.E., O. Tokarczuk

Dzisiaj przedstawiam Wam książkę magiczną. Napisała ją jedna z najlepszych polskich pisarek, pięknie poruszająca tematy transcendencji, psychologii dojrzewania.
Poznajemy młodą dziewczynkę, Ernę Eltzner, jak pąk róży, rozkwitającą w ciekawych czasach - przed I Wojną Światową. Idealnie oddany nastrój tamtych czasów. Matka, czuła na wszelkie oznaki niezwykłości zauważa w córce cechy medium. Zaprasza znajomych z kręgów okultystycznych i zaczyna przedstawienie...

Książka w ciekawy sposób otwiera umysł. Dzięki tej książce sami badamy granice własnej wiary. Osobiście najbardziej podobały mi się labirynty psychiki ludzkiej, świetny sposób narracji - autorka pozwala nam przyglądać się wydarzeniom z perspektywy każdego bohatera. Lektura "E.E." zajęła mi jedną noc i powiem szczerze - życzyłabym sobie więcej takich refleksyjnych nocy.