"Pisanie książki przypomina gotowanie zupy. podstawę stanowi bulion złożony w całości z fikcji. na przykład mam tylko jedno dziecko, nie pięcioro i nie jestem lekarką, a na widok skaleczenia po zacięciu się papierem Robi mi się słabo. następnie do tego wymyślonego rosołu dodajemy odrobinę odszukanych faktów, drobinki wspomnień z dzieciństwa, garść przesmażonych rozmów z placu zabaw, kilka kawałków, których początkowo nie planowaliśmy ale okazały się konieczne do wzbogacenia smaku i wreszcie drobno posiekane fragmenty własnego życia. gotujemy na wolnym ogniu, aż składniki zmiękną i przyjdą wzajemnie swoimi smakami, nabierając nowej jakości. tak pichci się literaturę. trochę z myśleń, trochę życia, 100% prawdy.
Chciałabym, żeby moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - dorastało w rzeczywistości, w której może być tym kim chce i rozwijać się otoczone miłością, szczęściem i uznaniem. Pragnę by moje dziecko - wszystkie nasze dzieci - miało do wyboru więcej możliwości, więcej ścieżek przez las, więcej wersji tego, co normalne, więcej bezwarunkowej miłości. kto by tego nie chciał? "
Ta książka stoi na pierwszym miejscu wśród książek, które wycisnęły ze mnie najwięcej łez wzruszenia. Właściwie miałam wrażenie, że ciągle ryczę.
To bardzo piękna, ciepła opowieść o rodzinie, która z całym sił starała się trzymać razem, być dla siebie oparciem i walczyć za każdego członka rodziny. To powieść o dojrzewaniu zarówno dzieci jak i rodziców. O tajemnicy, która wpływa na wszystkich: buduje i rujnuje. W końcu to piękna baśń o świecie, w którym można być kim się tylko chce.
To 455 stron, które czyta się zdecydowanie za szybko!
Na poniższe pytanie odpowiada autorka, Anna Cieplak w wywiadzie w GW:
O czym jest książka? – Opowiada, jak zmienia się współczesna rodzina, o tym, jak dziś w Polsce żyją nastolatki, jak przebiega dojrzewanie i w jaki sposób ten proces pokrywa się z tym, co się zmienia w technologiach. Jest to opowieść o tym, w jaki sposób istniejemy w świecie, jak młodzi ludzie widzą siebie w rzeczywistości, jak wchodzą w interakcje, a przede wszystkim o tym, jakie w Polsce istnieją nadal olbrzymie nierówności społeczne. W zależności od tego, w jakiej rodzinie się urodzimy, nasze losy mogą się potoczyć zupełnie inaczej niż losy osoby, która urodziła się w innym domu, a przeszła podobne doświadczenie. Moja książka jest więc też rodzajem interwencji. Chciałam zwrócić uwagę, że powinno być inaczej. Chciałam powiedzieć o bohaterkach, które są niezauważone, traktowane w sposób niesprawiedliwy, ale jednak są ważne. To książka o tym, że powinniśmy z większą wrażliwością spoglądać na innych ludzi.
O Annie Cieplak dowiedziałam się przypadkiem, czytając recenzję najnowszej książki (Lata powyżej zera wydanej w 2017 roku) i sformułowania "jeśli pamiętacie żółte słoneczko i okno gadu-gadu, to książka Anny Cieplak zabierze Was w sentymentalną podróż do początku aktualnego wieku". I przepadłam. Bo ja jestem ogromną sentymentalistką. Natychmiast wypożyczyłam książki pani Cieplak (rok młodszej ode mnie!) i pierwszą, którą wydała w 2016 roku i została nagrodzona Nagrodą Conrada i Nagrodą Gombrowicza przeczytałam w jeden wieczór. Nie odwracając wzroku od świata nakreślonego przez autorkę. Świata, którego znałam z bliska. I wspomnień.
Jestem pod ogromnym wrażeniem książki. Autorka empatycznie opisała prawie rok z życia gimnazjalistek: Julii i Oliwki, które wkraczają w trudny okres dorastania z dwóch różnych perspektyw. Dzieli je status społeczny i spojrzenie instytucjonalne a łączy cała reszta: patchworkowa rodzina, zaburzona samoocena, problemy w szkole i przede wszystkim trudności związane z relacjami - zarówno z płcią przeciwną, jak i pozostałymi - fałszywe koleżanki, dociekający i autorytatywni dorośli. Dziewczyny wpisując się w współczesny świat i korzystają z ich atutów (fejsbuk, snapczat, instagram, selfi itd.) walczą z kompleksami lub podkreślają swoje potrzeby (np. potrzeba przynależności). Pewnego rodzaju pomostem w zrozumieniu nastolatek jest świat Magdy, macochy Julii. Ona też zmaga się z problemami współczesności, takimi jak konsekwencje przynależności do patchworkowej rodziny, niepewność zatrudnienia czy rywalizacja z byłą żoną swojego partnera.
W kolejce do przeczytania jest następna książka tej samej autorki i jak podejrzewam, wszystkie inne, które Anna Cieplak zamierza napisać i wydać.
Motyw skojarzył mi się z piosenką Katarzyny Nosowskiej, Cudzoziemka w raju kobiet
Dave Pelzer: 1. Dziecko zwane "niczym" czyli dziecięca wola przetrwania 2. Stracony chłopiec czyli w poszukiwaniu ciepła i miłości 3. Mężczyzna imieniem Dave
Widzimy je na ulicach, w szkołach, czasami błąkają się po centrach handlowych. Zazwyczaj myślimy o nich "urwis" albo gorzej. Widzimy poszarpane ubrania, lub przeciwnie dobre ciuchy, ale smutny wzrok. Zastanawiamy się, co przeskrobały. Zazwyczaj ich nawet nie zauważamy.
Dave Pelzer opisuje w swojej pierwszej książce swoje życie od momentu, kiedy stał się świadomym 4 latkiem do momentu przełomu w swoim życiu, kiedy jako 12 latek został uratowany - odebrany matce, która się nad nim znęcała.
W kolejnej części Dave opisuje swoje perypetie w domu dziecka, w rodzinach zastępczych i proces dojrzewania, na którym mocno odcisnęło piętno chora matka i jej sposób traktowania syna. Mimo to bohater nie załamywał się i tak jak w pierwszej części wola życia go prowadziła do przodu, tak w całym swoim życiu Dave Pelzer starał się dać z siebie wszystko. Owocem tego jest trzecia część, gdy jako dorosły człowiek opisuje swoje życie i rozlicza się z przeszłością.
Wszystkie trzy książki są poruszającą prawdziwą historią. Bardzo smutną i przepełnioną niezrozumiałej przemocy najbliższej osoby w stosunku do swojego syna. Wielokrotnie podczas lektury musiałam zaczerpnąć powietrza, przerywając ją i ocierając łzy. To książka, która otwiera oczy na krzywdę dzieci. Również na to, że te dzieci nie wiedzą do końca co ich spotyka, biorąc całą winę na siebie.
Poczucie winy za krzywdy własne są dwojakie: dziecko wini siebie za złość rodziców, wierząc w ich wytłumaczenie swojej bezsilności i krzywdzenia dziecka w imię dyscypliny oraz poczucie winy wobec samego siebie, że nic nie zrobiło, nie obroniło się, nie sprzeciwiło. Ponad to boją się, że będą takie same jak ich rodzic, który ich krzywdzi. Ciężko wytłumaczyć młodemu człowiekowi, że tak wcale być nie musi. Świadomość problemu to już połowa sukcesu - ofiara ofiar nie musi być katem i mnożyć kolejną rzeszę ofiar. Nie musimy być swoimi rodzicami, tworzymy własne ścieżki wyciągając wnioski z przeszłości.
Jest wiele sposobów, by pomagać.
Od kliknięcia w brzuszek Pajacykowi, po finansowanie Organizacji Rodzina w Potrzebie lub bardziej radykalne zmiany swojego życia pod kątem pomocy dzieciom i założenie Rodziny Zastępczej.
Czasami trafiamy na lustra. Nie są to zwyczajne lustra, które spotykamy w przymierzalniach, czy własnych łazienkach oraz przedpokojach. Nie są to lustra zrobione z tafli szkła i srebra. Czasami może to być bohater filmu czy książki. Jak w tym wypadku.
Jarle Klepp jest moim lustrem. Widzę w nim siebie sprzed lat: zakochane oczy i błędny wzrok, kombinujący jak by tu się urwać, by być bliżej kogoś, na kim nam zależy. I podsumowanie większości działań: jak bardzo można coś zawalić? Strasznie.
Autor książki, Tore Renberg ma cudowny dar przenikania do czyjejś osobowości. Wchodzi do niej jak do garderoby i pożycza sobie płaszcz, sweter i dżinsy… Wspomnienia, emocje i zmysły. Wkłada do swojego świata i dopasowuje w te elementy głównego bohatera. Sprawia, że przeżywam razem z nim, identyfikuje się, zatracam.
Dlaczego? Ponieważ doskonale się czuję w jego skórze, jest mi tak bliska, bo środowisko w jakim został osadzony przypomina moje własne, w którym żyłam. Mimo, ze dzieli nas dziesięć lat różnicy, płeć i kraj, w którym się toczy akcja.
Nie sądzę, bym była jedyną osobą tak silnie identyfikująca się z głównym bohaterem książki Człowiek, który pokochał Yngvego.
Jarle ma 17 lat, uczy się w liceum w Stavenger. W jego życiu liczy się rock, seks i polityka. Stara się być wielką indywidualnością, założył z przyjacielem kapelę punkową, ma świetną dziewczynę. Wszystko zmienia się, gdy do jego szkoły przybywa nowy uczeń, Yngwe, dziwny chłopak, lubiący słuchać popu, grać w tenisa i czytać książki o starożytnym Egipcie. Nagle Jarle ze zdumieniem odkrywa że nie może przestać o nim myśleć…
Świat Jarla to świat, gdzie młodzi ludzie chcą zmieniać świat, walczą z nim, a nie dostrzegają, co dzieje się w ich własnym domu; świat, w którym liczy się tu i teraz, koncert, impreza, szkolna przerwa… Świat pragnień i dążeń, analizowania każdego nowego uczucia, chaotyczne podążanie ścieżkami, które wydają się być najatrakcyjniejsze. W końcu świat, w którym dokonuje się kolejna inicjacja: z młodego człowieka wyrasta dojrzały mężczyzna. W sprzyjających warunkach. Widzimy tą przemianę, ponieważ narratorem jest dorosły Jarle. Wprowadza nas do swojej przeszłości, do swojego siedemnastoletniego świata. Tam, gdzie na okrągło gra muzyka, co tydzień jest jakaś impreza czy koncert, jest więcej alkoholu, więcej zioła, gdzie zakochanie ma swoją własną, przepiękną historię, swoją własną paletę barw emocji, działań… Gdzie nie ma Internetu i komórek, a świat obserwuje działania Związku Radzieckiego… bo jest styczeń 1990 roku.
Z prawdziwą radością odkrywam, że w literaturze skandynawskiej (i nie tylko literaturze, również w filmie) nie ma tematów tabu. Akcja toczy się naturalnie, niezwykle prawdopodobnie. Pojawiają się tematy, o których się nie mówiło. W książce Renberga wszystko jest naturalne, normalne. Jakby żyło własnym życiem. Bez ingerencji Cenzora, który istnieje w wielu umysłach, próbujący sprzeciwić się rzeczom, które się po prostu dzieją.
Przeczytałam tą książkę w kilka godzin, mając nadzieję, że się nie skończy. Niestety, Jarle dokończył swoją opowieść na 355 stronie.
Mam nadzieję, że szybko pojawią się tłumaczenie następnych książki Tore Renberga, ponieważ umieściłam go w mojej liście ulubionych pisarzy.
Dzięki niemu odkryłam piosenkę, która pozwoliła mi się jeszcze mocniej wczuć w nastrój lat 90.:
Obie książki zostały wydane pod koniec lat 90. Prawdopodobnie w tym czasie obie przeczytałam, bo poszczególne sceny były mi znane. Jednak teraz, jako bardziej świadoma czytelniczka, podeszłam do nich bez nastoletniej fascynacji. Za to odkryłam, jak wiele w moim światopoglądzie zaszło zmian.
Tabu jest pierwszą częścią, w której poznajemy rodzinę Szumskich, szczególnie psychikę starszego dziecka – Marty. W tej części skupiamy się na rodzącym uczuciu Marty do kuzyna i konsekwencji tego uczucia. Poboczne wątki są okazją do przemycenia ideologii, poglądów prawdopodobnie samej autorki. Karzą one zastanowić się nad tematem religii, szczególnie tej na co dzień, stawiającej pytania aktualne: komunia chłopca, niepraktykujący rodzice, katolicka reszta rodziny, ich intelektualne boje o słuszność sprawy. Szczególnie trudne, gdy cała prawda Marty i Marka, kuzyna, wychodzi na jaw.
Druga część, w której również występuje rodzina Szumskich, jest bardziej rozproszona, jakby autorka chciała na raz za dużo tematów poruszyć. Odtrącenie miłości, wizja homoseksualizmu Marty, niespełnione uczucie kolegi Marty do niej samej, imprezy, alkohol, czerwona sukienka, przyjaciółka feministka, która pragnie zwojować świat, który wcale tego nie potrzebuje, zdrada ojca, wreszcie gwałt i straszliwa kara… Wszystko to, w stylu Dunin, owiane filozoficznym kadzidłem. Jedyne co mnie zaskoczyło w drugiej części to nagła śmierć. Nie spodziewałam się, że ta książka, i to na ostatnich stronach, nabierze takiego charakteru, takiej rysy.
Dzięki mottom, poprzedzającym każdy rozdział, które zaczerpnięte były z Muminków oraz Świetlickiego, zaczęłam się zastanawiać nad mityczną matką. Ze wszystkich poruszanych problemów w części drugiej, ta jedna najbardziej zapadła mi w pamięć. Każdy z nas potrzebuje ciepła i troski mitycznej matki, którą tutaj nazywa się Mamą Muminków. Taką, która każdą burzę rozgromi, która na nieszczęście i smutki – naleśniki przygotuje. Lecz, wg. Est, przyjaciółki – feministki Marty – wszyscy pragniemy mityczną matkę, lecz która z nas chciałaby wejść w jej rolę? Przecież ktoś musi usmażyć stos naleśników… Dlatego może, w naszym realnym życiu, takich matek nie ma. O czym doskonale mówi Alice Miller w książce Bunt ciała. Rozprawia się w niej ze stereotypami mitycznej matki, co świetnie koresponduje z książką Kingi Dunin.
Polecam obie części nastolatkom, które przewartościowują wszystkie swoje poglądy. A także rodzicom, by trochę przybliżyć (przypomnieć?) im świat młodości. Szczególnie z tym, co nie uniknione, co tylko można złagodzić. Zapewne za pomocą naleśników. I rozmowy.